niedziela, 4 stycznia 2015

1. Rozsądek to jednak ważna cecha

Światło księżyca wlewało się przez wielkie okno i zostawało na dywanie, rysując cień sylwetki dziewczyny, siedzącej na parapecie. Wiatr posyłał w jej stronę mżysty deszcz. Ciemne, nocne chmury zasnuwały niebo, z którego, co jakiś czas rozbrzmiewały pomruki nadchodzącej burzy. Dziewczyna patrzyła na niebo ze smutkiem, domyślając się, że to pewnie ostatnia burza w tym roku. Lato już dawno dobiegło końca, a jesienne liście z każdym dniem płowiały i opadały na ulice Emery Down. Lottie kochała tę niewielką wieś, mimo ciągłych narzekań jej rówieśników. Oni widzieli brak dużych sklepów, masę obowiązków i przewagę starszych ludzi. Ona widziała milion gwiazd nocą, słyszała ptaki nad ranem i piła świeże mleko od krowy przed snem. Ceniła spokój i naturę, jednak jedna rzecz jej przeszkadzała. Ludzie, jak to na wsi, znali się bardzo dobrze, a każdy, kto czymś się wyróżniał miał rolę wiejskiego celebryty. O takich ludziach lubiło się mówić, śledzić ich wzloty i upadki. Na przykład piękne małżeństwo - Jasmine i James Rolands. Ta para była świetnym tematem dla staruszek, tuż po wyjściu z kościoła. Czasem Lottie przysłuchiwała się ich pogawędkom i nigdy nie mogła zdusić w sobie śmiechu. Gawędziły konspiracyjnie o tym, że widziały jak Jasmine Rolands spotyka się z listonoszem, a James ma długi. Tak, jakby ich problemy miały dla nich wielkie znaczenie.
Największym wrogiem plotek była Helen, z którą mieszkała Lottie. Oprócz tego, była dla niej stereotypową macochą, zimną i oschłą kobietą. Dziewczyna nie mogła się nadziwić temu, jak jej przybrana matka zmienia się przy mężu i jej własnym dziecku -  Peterowi. Potrafiła być ciepła i sympatyczna, jednakże nie w pobliżu Lottie. Dziewczyna wiedziała, że przysługują temu dwa powody. Pierwszy był taki, że była owocem miłości jej męża i innej kobiety. Drugi zaś to po prostu osoba Lottie, jej charakter i usposobienie. Ona i jej macocha były swoimi przeciwieństwami, co wbrew powiedzeniom, wcale je do siebie nie przyciągało. Helen wyrywała sobie włosy z głowy przez niezrozumiałe, nieraz absurdalne i co gorsza, wzbudzające zaciekawienie zachowanie jej córki. Na początku starała się "sprowadzić Lottie na dobrą drogę", ale zauważywszy buntowniczą naturę dziewczyny, straciła całą nadzieję. Bez ustanku twierdziła, że zachowanie jej przybranej córki to robienie kobiecie na złość, bo nie znała normalnej osoby, która zachowywałaby się w podobny sposób. Po pewnym czasie Helen zaczęła snuć domysły, że Lottie jest chora psychicznie i zaczęła szukać wyjścia z całej tej sytuacji. Jej mąż nie mógł jej w tym pomóc, ponieważ wyjechał do Francji na dwa lata. Lottie wspominała tatę i mamę z tęsknotą. Rozwiedli się, gdy miała dwanaście lat, rujnując tym jej mały świat. Telefony nie wystarczały dziewczynie. Czuła się bardzo samotna.
Siedząc w otwartym oknie, obserwowała krople, spadające z nieba na ciemnoniebieskie pola i drzewa. Ściskała telefon z frustracją. Czuła się pominięta ze względu na to, że jej przyjaciółka nie zaprosiła jej na głośna imprezę, która odbywała się właśnie w tej chwili. Lottie nie mogła zrozumieć, dlaczego tak postąpiła. Czyżby się jej wstydziła? Taka myśl jeszcze bardziej przygnębiała dziewczynę. Nie mogąc dłużej znieść własnych domysłów, wybrała numer Joan i zadzwoniła do niej. Wątpiła w to, że odbierze w środku zakrapianej imprezy.
-Lottie?- odezwała się jej przyjaciółka zdziwiona.- Co jest?
-Hej. Chciałam spytać... dlaczego nie zaprosiłaś mnie na tę imprezę?
Spoza głosu Joan można było wyłapać śmiechy i głośną muzykę.
-No jak to? Przecież sama mówiłaś, że nie chcesz iść!- Joan przekrzykiwała ludzi i muzykę.- Nie pamiętasz? Cytuję, czekaj, to było jakoś tak... Nie, nie przyjdę na domówkę pełną głupich ludzi, narkotyków i nie będę pomagać ci sprzątać zarzygany dywan, jak poprzednim razem. Tak powiedziałaś, więc o co ci teraz chodzi?
Lottie zamilkła, próbując przypomnieć sobie tę chwilę. Po chwili zrezygnowała, słysząc śmiech Joan, skierowany do kogoś, kto był na imprezie razem z nią.
-Dean, przestań!- chichotała.- Rozmawiam przez telefon, paskudo.
Lottie rzadko słyszała, żeby Joan tak szczebiotała. Na co dzień była twardą, zdecydowaną dziewczyną, lecz w towarzystwie Deana słodycz aż wylewała jej się z ust. 
-Ale nawet mnie nie zaprosiłaś - jęknęła Lottie do telefonu.- Anji powiedziałam, że nie przyjdę, ale oczywiście bym przyszła, żeby posprzątać te rzygi. Gdybyś spytała się mnie osobiście...
-Dobra, pogadamy jutro. Jak chcesz, możesz przyjść... Impreza się dopiero rozkręca! Kończę, na razie!
Telefon zastygł głucho w dłoni Lottie. Przez chwilę zastanawiała się nad ostatnimi słowami przyjaciółki. Z braku zaproszenia, naprawdę chciała wpaść na tę imprezę. Pytanie było takie, jak zdoła przekonać matkę i umyć włosy. Były tłuste, z racji, że Helen dała jej "szlaban na prysznic", po tym jak Lottie zapchała odpływ toną błota, w którą wpadła na wycieczce rowerowej, organizowanej przez jej klasę. Nie była mistrzynią jazdy na rowerze.
Zakaz używania prysznica z pewnością można byłoby uznać za przesadę, jednak to nie był pierwszy raz, w którym Lottie zapchała odpływ. Raz było to konfetti, które powpychała tam, by mieć wannę w brodziku, a innym razem był to szczur, którego Lottie przyniosła z podwórka. Oczywiście, nie wepchnęła go do odpływu. Sam wlazł tam, zamknięty niechcący w kabinie i nie mający drogi ucieczki. Helen musiała się wstydzić, gdy hydraulicy wyciągali zdechłego, przemokniętego szczura z rury odpływowej. 
Dlatego Lottie nie należała do osób rozważnych. Ludzie z jej otoczenia uważali, że jest infantylna i nie traktuje poważnie życia. Zbyt często mówiła to co myśli i za rzadko myślała nad własnym postępowaniem. 
Dziewczyna zdecydowała się pójść na imprezę, nawet jeżeli Helen jej nie pozwoli. Włosy postanowiła umyć w deszczu. Wzięła szampon i wysmarowała nim włosy, przemoknięte po tym, jak wystawiła głowę przez okno. Po chwili do pokoju wpadła jej macocha, by sprawdzić czy córka znowu nie wyczynia głupstw. Pokój rozbłysł światłem.
-Czyś ty postradała zmysły?- spytała Helen surowo, gdy Lottie spojrzała na nią z pianą na głowie.- Myjesz głowę na deszczu?!
-Zabroniłaś mi używać prysznica - wyjaśniła Lottie, wzruszając ramionami.- Wychodzę z domu, więc chyba powinnam wyglądać jak człowiek? 
-Nigdzie nie wychodzisz.- Helen podeszła pewnym krokiem do okna i zatrzasnęła je.- Masz zmyć to z głowy i iść do łóżka.
Lottie roześmiała się jej w twarz.
-Mówisz, jakbym miała siedem lat. 
-Gdybyś zachowywała się jak na swój wiek, to może inaczej byśmy rozmawiały.- Zimne, brązowe oczy zgromiły dziewczynę.- Spróbuj się wymknąć, niewdzięcznico, a w końcu trafisz tam, gdzie twoje miejsce.
-Odeślesz mnie do taty?- spytała Lottie, wiedząc, że Helen się zdenerwuje.
-Myślisz, że on ma czas, by cały czas mieć na oku takiego rozwydrzonego bachora?- parsknęła.- To zajęty, pracujący człowiek, a do ciebie potrzeba jakiejś niańki. Masz zostać w pokoju.- Szczupła sylwetka Helen skierowała się do drzwi i zamknęła je za sobą, jakby myślała, że zakończyła tym spór. Lottie tylko uśmiechnęła się pod nosem i szybko wystawiła głowę na deszcz, widząc, że jest coraz rzadszy.


Lottie brnęła przez burzę, schowana pod kapturem za dużego, starego płaszcza jej taty. Krótkie, czarne włosy przyklejone miała do bladych policzków. Idąc pod wiatr, wyglądała jak jedno, wielkie nieszczęście. Czuła satysfakcję, dzięki sprzeciwieniu się macosze. Obawiała się tylko konsekwencji. Kolejna kara, kolejny szlaban? Ostatnio zarobiła naprawdę dużo kar, dlatego zastanawiała się, na co jeszcze może wpaść Helen, bo wiedziała, że bywa bardzo pomysłowa, jeżeli chodziło o uprzykrzenie jej życia. Czasem Lottie myślała, że jej macocha jest bardziej dziecinna niż ona sama. Próbowała ujarzmić ją szlabanami, jak rozbrykane dziecko, mimo, że dziewczyna miała już siedemnaście lat.
Lottie dotarła do domu Joan. Było to mieszkanie ze sztywnym ogródkiem, którego Lottie prędzej spodziewałaby się po przeciętnym mieszkańcu Londynu. Krótka trawka i kilka starannie przyciętych krzaczków, które znikały w mroku i deszczu. Dziewczyna weszła do domu bez pukania i powitała ją głośna muzyka reggae. Musiała przyznać, że nie znosiła tego typu muzyki. W salonie z bordowymi ścianami panował półmrok. Ludzie odsiadywali kanapę, rozmawiali w kuchni z kieliszkami w dłoniach. Lottie stała zaś w swoim mokrym płaszczu przed drzwiami, patrząc jak kałuża powiększa się pod jej butami. Nikt nie zwrócił uwagi na jej przybycie, dopóki nie zdjęła płaszcza i nie weszła wgłąb mieszkania. Chłopak, siedzący na kanapie i obejmujący głośno śmiejącą się dziewczynę, zatrzymał wzrok na dziewczynie, która szukała Joan. 
-Lottie!- zawołał, machając do niej i przyodziewając sztuczny uśmiech na twarz.- Nie trafiłaś do domu? Bo chyba miało cię tutaj nie być.
-Los bywa przekorny - odparła Lottie, posyłając mu enigmatyczny uśmieszek.- Gdzie jest Joan?
-Pewnie całuje się z jakąś laską w kiblu - rzucił tylko, po czym jego słuch wychwycił jakąś ciekawą rozmowę, toczącą się obok niego i całkowicie zapomniał o istnieniu Lottie.
Dziewczyna stała wybita z tropu. Jej przyjaciółka nie była lesbijką. A przynajmniej Lottie nic o tym nie słyszała. W momencie, gdy nad tym myślała, zza drzwi toalety wyskoczyła Joan w towarzystwie jakiejś dziewczyny z długimi, brązowymi lokami. 
-Lottie!- zawołała Joan z wielkim uśmiechem na ustach. Jej krwistoczerwona szminka była rozmazana na tyle, że jej przyjaciółka zaczęła się zastanawiać, co takiego mogła robić w tej toalecie razem z tamtą dziewczyną. Włosy Joan pofarbowane na ciemny fiolet, jak zwykle związane były w dwa, grube warkocze.- Jednak przyszłaś, hę? Helen cię puściła?
-Gwen - przedstawiła się dziewczyna z lokami i wyciągnęła dłoń w kierunku Lottie.- Dziewczyna Joan.
Lottie długo wpatrywała się w jej dłoń, jakby wyczytywała przyszłość z jej linii. W końcu Gwen opuściła rękę, trochę zmieszana.
-Tyle lat się znamy...- powiedziała Lottie nieobecnym głosem, wpatrując się w uśmiechniętą Joan. Nie mogła uwierzyć w to, że nic jej nie o tym nie wiedziała.- Myślałam, że kochasz Deana.
-Tego dupka?- prychnęła Joan, po czym jej wzrok zatrzymał się dłużej na przyjaciółce. Zauważyła na twarzy Lottie zawód. Joan przybrała poważną minę, uważnie skanując obliczę przyjaciółki.- Masz problem z tym... że jestem lesbijką?
-Nie o to chodzi - odparła, bo podejrzewała inną orientację u przyjaciółki.- Chodzi o to, że nic mi nie powiedziałaś o tym, że masz dziewczynę.
-No to właśnie ci mówię.- Przewróciła oczami z irytacją.- Rany, Charlotte, co się z tobą dzieje? Ciągle masz jakiś problem. Nie poznaję cię od jakiegoś czasu.
-To ty się zmieniłaś - powiedziała Lottie i odeszła od niej, czując jak wzrasta w niej złość.
Wiedziała, że miała rację. Joan zaczęła zadawać się z tymi imprezowymi ludźmi, przez co oddalała się od niej i Anji, trzeciej dziewczynie w ich paczce. Paczce, która powoli się rozlatywała przez rosnącą popularność Joan. Ona i Anja nie nadawały się do takich miejsc. Ludzie ze szkoły uważali Lottie za dziwaczkę, za to Anja była zbyt cicha, by wzbudzać zainteresowanie innych. 
Dziewczyna zamknęła się w toalecie, po czym przemyła twarz zimną wodą. Wzniosła wzrok i spojrzała w swoje odbicie. Po jej twarzy spływały krople wody, a w zielonych oczach można było wyczytać ból. Teraz czuła się jeszcze bardziej samotna niż wtedy, gdy siedziała w swoim mieszkaniu. 
-Nic się nie zmieniłaś, prawda?- spytała sama siebie, przypatrując się odbiciu beznamiętnie. Powiodła palcem po lustrze.- Szkoda. Tyle osób by tego chciało...
W tym momencie drzwi łazienki otworzyły się, a do środka wleciał Dean. Rzucił się w stronę sedesu i pochylił nad nim głowę, wymiotując. Lottie westchnęła, biorąc dezodorant, leżący na półce i psikając wszystko dookoła.
-Właśnie rozmawiałam, a ty mi tak nieuprzejmie przerwałeś - oznajmiła teatralnym głosem.
-Niby... z kim?- wybełkotał nad sedesem, po czym ponownie poddał się mdłościom.
Lottie spojrzała na niego chłodno. Nigdy nie lubiła Deana, w którym, jak niegdyś myślała, podkochiwała się Jean. Był młodocianym alkoholikiem, a do tego bawił się dziewczynami.
-Z nikim - odparła.
-Pewnie dlatego, że nikogo tu nie ma.- Wstał chwiejnie na dwie nogi i wytarł twarz ręcznikiem, porzuconym na podłodze. Spojrzał nieprzytomnie na dziewczynę.- Wiesz, że z nie można rozmawiać z nikim?
-Tak?- Również na niego popatrzyła.- A myślałam, że wystarczy zamienić kilka słów z tobą.
-Co ty do mnie masz?- wzburzył się, patrząc na dziewczynę spod ciemnych brwi.
Joan nie raz przez niego płakała, a Lottie musiała wysłuchiwać jej wyżaleń przez całe dnie. Usłyszała o nim tak dużo, że według niej, głupotą byłoby bezpodstawne darzenie go sympatią.
 -Zmieniłaś się - stwierdził po chwili.
Lottie tylko się uśmiechnęła, uświadamiając sobie, że to kolejny raz w tym dniu, gdy ktoś twierdzi, że Lottie jest ostatnio inna niż zwykle. Może po prostu zaczęła zauważać, że zachowanie niektórych ludzi bywa irytujące, a ona nie umiała tego lekceważyć.
-Cóż. Lepiej się zmieniać niż stać w martwym punkcie - posłała mu znaczące spojrzenie i wyszła z toalety, zostawiając go samego.
Gdy przedzierała się przez ludzi i salon, zasnuty dymem papierosów, zaczęła współczuć rodzicom Joan, którzy mieli wrócić jutro z dalekiej podróży. Joan zawsze miała oparcie w Lottie, która pomagała jej sprzątać po imprezach. Jednak dzisiaj nie zamierzała jej pomóc, chciała wyjść i wrócić do domu. Zastanawiała się czy ktoś z jej nowych przyjaciół jej pomoże. W końcu mieli tyle na głowie.
Lottie zdjęła swój płaszcz z wieszaka i założyła go na siebie. Czuła na sobie palący wzrok kilku osób, ale nie przejmowała się tym. Już prawie wyszła na deszcz, gdy za rękę złapał ją jej przyjaciel Carol. 
-Już idziesz?- spytał, patrząc na nią zza szkieł okularów.- Mogę cię odprowadzić, w końcu mieszkamy blisko siebie.
Lottie obdarzyła go delikatnym uśmiechem. Lubiła Carola, choć uważała, że za bardzo trzyma się reguł, ustawionych przez świat, nigdy nie pozwalając sobie na coś spoza schematu "normalnych" zachowań. Szaleństwo i wszelkie wybryki nie brały udziału w jego spokojnym życiu.  Zawsze robił to co trzeba - brał parasol, gdy padał deszcz, od razu nasączał brudną plamę ciepłą wodą, gdy się ubrudził, i nigdy, przenigdy nie mówił "zrobię to później". Lottie lubiła deszcz na skórze, brudną bluzkę przewracała na drugą stronę, i zawsze mówiła "kiedyś to zrobię, ale nie obiecuję". 
Dwójka wyszła na żwirową drogę, obserwując zachmurzone, ciemne niebo, z którego co jakiś czas błyskało.
-Charlotte, załóż kaptur - poprosił Carol, ponieważ Lottie nie chciała stać z nim pod parasolem, który przysłaniał jej cały świat i nie pozwalał cieszyć się pięknem tej nocy.- Przeziębisz się.
-Gwarantuję ci, że nie - odparła.- Nigdy nie przeziębiłam się od deszczu. Moim zdaniem to jakaś bzdura.
-Nie, wcale nie. Twój organizm się wyziębi i będzie bardziej podatny na ataki bakterii.
-A wtedy zacznę kichać i dmuchać w chusteczkę. Straszne - wyszczerzyła się do chłopaka.- Ja tam lubię kichać. Po kichnięciu, przez jedną, krótką chwilę czuję się taka... wyzwolona. Wiesz o co mi chodzi?
-Widzisz? Już ci gorzej. Majaczysz. Gorączka nadciąga - zażartował.
-A tobie nikt nie mówił, że nie trzyma się parasola, gdy jest burza?- zauważyła Lottie z przekąsem.
-Racja!- Carol zwinął szybko parasol i schował go pod pachę.- Kompletnie zapomniałem... 
Lottie zachichotała pod nosem, po czym jej wzrok spoczął na koniach, pasących się w deszczu, na polance obok drogi, po której szli. Przygryzła wargę, uświadamiając sobie, że do jej głowy znów nadciąga głupi pomysł.
-Przejechałabym się na koniu...- oznajmiła, w zachwycie przyglądając się zwierzętom. Miały długie, silne szyje i mokre grzywy. Reszta koni za pewne była w stajni, czyli tam, gdzie powinny się znajdować w czasie burzy.
-Mój dziadek ma stadninę. Mogłabyś... mogłabyś przyjść, gdybyś chciała - zaproponował nieśmiało Carol, zaskoczony własnymi słowami. Lubił Charlotte, lecz na ogół nie proponował jej żadnych spotkań po szkole. Brakowało mu pewności siebie, a poza tym nigdy nie dostrzegł jakichkolwiek oznak większej sympatii ze strony Lottie.
Jednak dziewczyna nie wychwyciła jego zakłopotania w głosie, pochłonięta całkowicie wizją przejażdżki na koniu w deszczu. Kiedyś uczyła się jeździć i chociaż nic nie pamiętała, sądziła, że to nie może być takie trudne. Zaczęła kierować się w stronę najpiękniejszego z koni - śnieżnobiałego, wysokiego rumaka.
-Charlotte, stój!- zawołał za nią Carol, próbując ją dogonić.- One mogą być niebezpieczne! Przestraszysz je!
Lottie była już bardzo blisko konia, który okazał się być łagodny jak baranek. Dziewczyna dosięgnęła jego mokrej głowy i ostrożnie przejechała nią po wilgotnych włosach. Czuła rosnącą adrenalinę, ponieważ koń w każdej chwili mógł niebezpiecznie parsknąć, rozjuszyć się i nawet ugryźć dziewczynę swoimi miażdżącymi zębami. Lottie waliło serce, ale nie mogła przegonić chęci wejścia na zwierzę. 
-Grzeczny - szepnęła kojącym głosem, spoglądając w jego duże, ciemne oczy z długimi rzęsami. Pogłaskała go po wypukłym, twardym policzku, a on prychnął z zadowoleniem. Lottie miała szczęście, że trafiła na łagodnie usposobionego konia.
-No i co ty wyprawiasz?- Carol zjawił się koło niej, a widząc blask w jej oczach, poważnie się zaniepokoił.- Chyba nie chcesz... Nie... Nie jesteś aż tak szalona, prawda?
-Owszem, przejadę się na tym koniu. Tylko kawałek. Później go odprowadzę - oznajmiła, zwracając głowę w kierunku przyjaciela. Jej mokre włosy okalały białą, radosną twarz.- Jedziesz ze mną?
Carol przypatrywał jej się w oszołomieniu. Słyszał, że Charlotte robi dziwne rzeczy, ale nigdy nie był tego świadkiem.
Przecież to takie nierozsądne! - myślał rozgorączkowany. Z drugiej strony stała przed nim Lottie - w jego oczach niezwykła, jedyna w swoim rodzaju, urocza. Mógł pojechać z nią na koniu, jak w jakimś starym romansidle. Może jeśli się zgodzi, Lottie spojrzałaby na niego inaczej. Jeżeli odmówi, dalej będzie postrzegała go jako nudnego sztywniaka. Zazwyczaj słuchał głosu rozumu, rzadziej serca. 
-Proszę.- Lottie złapała go za zimne dłonie, a on poczuł ogarniające go ciepło.- Nikt się nie dowie. No dalej!- zachęciła go entuzjastycznie.- Chodź!
Carol pokręcił głową z dezaprobatą, a już chwilę później pomagał dziewczynie wsiąść na konia. 
-Będziesz tego żałować - oświadczył, widząc jak Lottie wspina się na grzbiet spokojnego rumaka i próbuje się jakoś usadowić.
-Skoro przepowiadasz przyszłość, to lepiej powiedz mi co zjem jutro na obiad - odpowiedziała, gdy w końcu dobrze usiadła.
-Niestety nie wiem co serwują w szpitalu - mruknął, po czym wspiął się na konia, tuż za dziewczyną. 
  Lottie chichotała, widząc jak się stara, ale nie mogła mu w niczym pomóc. Cieszyła się, że Carol zgodził się na przejażdżkę z nią. Znała jego naturę i zaczęła się zastanawiać, co go do tego podkusiło. 
-Siedzisz już?- zapytała, patrząc przed siebie z szeroko otwartymi oczami, czujnie obserwującymi polanę, pogrążoną w ciemności. Błysk pioruna oświetlił jej twarz.
-Chyba tak... Ale obawiam się, że spadnę.
  Lottie dźgnęła boki konia piętami, a on ruszył z miejsca gwałtownie. Chłopak aż zachłysnął się powietrzem, które uderzyło go w twarz wraz z zapachem owocowego szamponu Charlotte. Biegli przez polane, czując pod sobą tętent kopyt i deszcz, przenikający przez ich ubrania. Koń biegł przez nieokreśloną ścieżkę, mijając ogromny las sosnowy, po którym Lottie miała zwyczaj spacerować w wolnym czasie. Śnieżnobiały koń przedzierał się przez noc, a radosna Lottie i przerażony Carol podskakiwali rytmicznie na masywnym grzbiecie.
-Jak niesamowicie!- zawołała dziewczyna, a jej głos dotarł do chłopaka wraz z mroźnym wiatrem, opływającym jego rozgrzane od emocji policzki.
Carol obejmował Lottie w talii i chyba tylko to było w tej chwili niesamowite dla niego. Nie docierało do niego piękno tej chwili. Ukradli białego rumaka i brnęli przez burzę w środku nocy, jak ostatni szaleńcy. Carol bał się i czuł, jak co chwila zjeżdża z zada konia. Dyszał głośno, patrząc za siebie. Przeklinał siebie za to, że zgodził się na ten pomysł. W dodatku nic nie widział, bo na jego okularach zostawały krople deszczu.
-Jak się skręca?- spytała Lottie, tracąc kontrolę nad pędem konia. 
-Mnie się pytasz?!
Charlotte w jednej chwili straciła pewność siebie. Nie miała lejcy, ani siodła, a koń biegł na krechę, nie zważając na nic. W oddali zaczęła powiększać się posiadłość Johnsonów. Musiała jakoś ją ominąć, a do tego potrzeba było skręcić w dróżkę, która zaraz miała się pojawić po lewej stronie. Najpierw jednak musiała opanować konia, którego najwyraźniej porwał żywioł. Lottie usłyszała długi wrzask i spojrzała za siebie, przerażona. Carol spadł z konia i rozpostarł się na drodze, podczas gdy koń zmierzał coraz dalej od niego. Wyrzuty sumienia zaatakowały Charlotte. Próbowała zatrzymać konia, ale nie bardzo wiedziała jak.
-Stój! Zatrzymaj się! Prrr! Prrr!- powtarzała, trzymając się mocno szyi zwierzęcia. Dźgnęła go również w boki, ale to nic nie dawało, a wręcz zdawało jej się, że rumak pędzi coraz szybciej.
Minęła dróżkę, w którą powinna skręcić i biegła prosto w kierunku domu Johnsonów. Poczuła wzbierającą się w niej panikę, co czuła wyjątkowo rzadko. W tej chwili było to jednak całkowicie normalne, bo lada moment miała zderzyć się z domem. 
Koń ominął mieszkanie, ponieważ sam miał rozum, jednak pędząc przez ogród, niszczył wszystko, co zetknęło się z jego ciężkimi kopytami. Sadzonki, warzywa, wszystko, co miało miało swój zenit w jesieni, właśnie uległo zniszczeniu. Koń taranował kwiaty, płotki, przedzierał się przez krzewy, aż w końcu wyhamował ostro, widząc szklarnie, piętrzącą się za domem. 
Dziewczyna ześlizgnęła się z konia, łapiąc się za serce. Zwierzę prychało i machało głową, podrygując kopytami, jakby było mu mało i jakby chciał jeszcze pobiec na sam koniec świata. Charlotte to jednak całkowicie wystarczyło. Ta podróż mogła skończyć się dużo gorzej. Pomyślała o koledze, pozostawionego na drodze i przeszły ją ciarki. 
Rozejrzała się dookoła. Widząc rozwalone grządki, miała przeczucie, że nie ujdzie jej to na sucho. Co jak co, ale Johnsonowie nie byli przesadnie wyrozumiali. Charlotte miała nadzieję, że zapadli w głęboki sen i nie usłyszeli jej pisków, ale myliła się. Już po chwili na podwórko wpadła tęga, starsza kobieta z chustą na głowie i ciemną koszulą nocną. 
-Matko boska!- Zduszony okrzyk wyrwał się z gardła staruszki, gdy jej wzrok spoczął na stratowanym ogródku. Po chwili zauważyła Charlotte wraz z koniem, która sterczała pod szklarnią. Charlotte posłała jej niewinny uśmiech, ukazując rząd prostych zębów.
-Dobry wieczór, pani Johnson!- zawołała, robiąc dobrą minę do złej gry.- Wpadłam, żeby życzyć pani miłych snów.
-No tak...- mruknęła do siebie, a z jej oczu ciskały pioruny bardziej niebezpieczne niż te na niebie.- Któż by inny?

1 komentarz:

  1. Zaczyna się całkiem ciekawie :) Główna bohaterka jest trochę dziwna, ale fajna. Szczera i szalona. Wydaje się być ciekawą, nieprzewidywalną i zupełnie inna od wszystkich postacią.No a Carol to taki typowy ciotson zakochany w fajnej lasce. Może się jeszcze zmieni? Zobaczymy :) Ta historia wydaje się być zupełnie inna od tego co do tej pory pisałaś. Z resztą jest. Piszesz z trzeciej osoby i osadziłaś bohaterów w zupełnie innym miejscu niż zazwyczaj. Mieszkają w takiej stereotypowej wsi pełnej starszych pań żyjących nowinkami o innych i młodzieży, która pewnie wolałaby wyjechać do nju jork. Podoba mi się to i jestem bardzo ciekawa co będzie się działo dalej. I niecierpliwie czekam na pana motyla :)

    OdpowiedzUsuń

:)