wtorek, 6 stycznia 2015

2. Dom Dewiantów

Była trzecia w nocy. Lottie siedziała w salonie z ręcznikiem na głowie, w różowej piżamie. Naprzeciwko niej, na drugiej kanapie, obitej w kremową skórę siedziała Helen z worami pod oczami i blond włosami, nawiniętymi na wałki. Jej wąskie, zacięte usta układały się w linię złości. Piła czarną kawę, bo o tej porze nie potrafiła normalnie funkcjonować bez kofeiny.
-Powiedz mi, Charlotte, czy ty czasem myślisz?- zaczęła Helen, wbijając w córkę spojrzenie wyprane z wszelkich pozytywnych uczuć.
Lottie po raz kolejny przyniosła jej wstyd i problemy. Państwo Johnson żądało zapłaty za szkody w ogródku, rodzice Carola siedzieli z nim na ostrym dyżurze, ponieważ mocno się poobijał, a właściciel białego konia na szczęście o niczym się nie dowiedział, bo Lottie odprowadziła zwierzę, zanim zdążył się zorientować.
-Wiesz, że istnieje coś takiego jak konsekwencje?- ciągnęła.- Wiesz, że nie jesteś pępkiem świata? Wiesz, że myśli się, zanim coś się zrobi? I ty się dziwisz, że traktuje cię jak dziecko? Jesteś dzieckiem i to wyjątkowo... głupim.
Lottie westchnęła, wpatrując się w swoje bose stopy, które trzymała na kanapie. Krzywo obcięła paznokcie. Pomyślała, że powinna bardziej się do tego przyłożyć.
-Ja już naprawdę nie wiem, co mam z tobą robić.- Charlotte wyczuła słabość w głosie macochy i podniosła zaniepokojony wzrok.- Próbowałam już wszystkiego, ale nie mogę cały czas trzymać cię na smyczy. Mam tego dosyć.
-Po prostu pozwól mi... pozwól mi zamieszkać z tatą - poprosiła cicho Lottie.
-Chyba żartujesz.- Helen zaśmiała się z goryczą.- Umiesz francuski?
-Nie.
-Czy jesteś wystarczająco rozsądna, by wieść życie bez niczyjej pomocy? Wiesz, że twój ojciec ma mnóstwo pracy i nie będzie przy tobie, tak jak ja jestem.
Lottie zamilkła, tym razem przenosząc wzrok na krzywo obcięte paznokcie u rąk. 
-Nie jesteś ani trochę rozsądna - odpowiedziała za nią Helen.- Dzisiaj temu dowiodłaś.
-To był głupi wybryk - wyjaśniła błagalnym tonem.- Przepraszam. Nauczę się francuskiego i...
-Nie - ucięła.- Zapomnij o Francji, bo nie ma takiej opcji. Jest dla ciebie tylko jedno wyjście. Przykro mi to mówić, ale...- Oczy Helen zaszkliły się. Lottie tym razem serce niemal podskoczyło do gardła. Nigdy nie widziała Helen w takim stanie. Od kiedy ona płakała z jej powodu? Często krzyczała, to prawda. Jednak nigdy nie okazywała słabości łzami, tak jak w tym wypadku.- Będziesz musiała zamieszkać gdzieś indziej.
Lottie poczuła jak coś ciężkiego przygniata jej żołądek, ciągnąc ją wgłąb miękkiej kanapy. Zapadała się w strachu i niedowierzanie. Jej usta, nieco rozchylone zastygły w zdumieniu.
-Myślę, że najbezpieczniej będzie jeżeli zamieszkasz w Domu Dewiantów.- Zanurzyła usta w kubku kawy.
-CO?!- wybuchła Lottie, porywczo unosząc się z siedzenia. Usta zadrżały jej z szoku, a szeroko otwarte oczy nie wiedziały gdzie się podziać.- Żartujesz?! Powiedz, że żartujesz!- Zauważywszy poważny wzrok macochy, upadły jej ręce.- To w ogóle istnieje?
-Istnieje i cieszy się dużą popularnością - odparła Helen niewzruszona postawą córki.- Rozumiem, że nie jesteś zachwycona, ale...
Do Lottie przestały dochodzić słowa macochy. Dom Dewiantów często przewijał się w żartach, wyłapywanych jej uchem. Mówiło się, że ktoś powinien iść do "Domu Dewiantów", gdy dziwnie się zachowywał lub miał nierówno pod sufitem. Lottie często słyszała, że powinni ją tam zamknąć, ale traktowała nazwę tego domu jak legendę, element bajki, w którą nigdy się nie wgłębiała. Kojarzyła nazwę, ale nie sądziła, że coś takiego rzeczywiście istniało. Niepozorne słowo "dewiant" oznaczało w tym wypadku szaleńca. 
-Chcesz mnie wysłać do domu świrów?- pytała Lottie głosem ściśniętym z emocji. Dla niej było to duże przegięcie. Może czasem jej zachowanie było nietypowe, ale nie na tyle, by oddzielić się od normalnego świata. Miała nawet wątpliwości, że ją tam przyjmą. Sądziła, że to jej matce coś się ubzdurało. 
-Dla twojego bezpieczeństwa - odrzekła.
-Oczywiście!- parsknęła Lottie, porządnie wyprowadzona z równowagi. Cała trzęsła się ze złości, wciąż nie mogąc uwierzyć w jej słowa.- Raczej, żeby się mnie pozbyć! Przecież wiem, że mnie nie znosisz! Nie graj opiekuńczej mamuśki, bo nią nie jesteś! Jesteś po prostu PODŁA!- wykrzyczała Lottie, po czym ruszyła z salonu, pobiegła po schodach i zamknęła się w swoim pokoju.
  Rzuciła się na łóżko i wtuliła w pluszową ważkę, z którą spała. Wiedziała, że zachowuje się jak typowa nastolatka, której coś w życiu nie wyszło, ale nic innego nie przychodziło jej do głowy niż wypłakanie się na własnym łóżku. Wielkie łzy spływały z jej oczu i moczyły pluszaka, który wsiąkał cały jej smutek. W takich chwilach najbardziej tęskniła za ojcem. Za jego głosem, silną dłonią, którą mogła objąć. Za pocieszającymi, mądrymi słowami i tym bystrym błyskiem w oku. Dwa lata to dla niej cała wieczność. A matka? Matka się nią nie interesowała. Miała swojego męża, swoje dzieci. Spotkania z Lottie były tylko kumulacją złych emocji, niewypowiedzianych żali i nieporozumień. Nie dogadywały się w ogóle, ale Lottie i tak za nią tęskniła. Kochała jej perfumy, które wciąż pamiętała i ten piękny uśmiech, który gościł na jej twarzy, gdy jeszcze była żoną jej taty.
Helen podniosła się z kanapy, zmierzając w kierunku schodów. Słyszała szloch przybranej córki, ale nie poczuła wyrzutów sumienia. Myślała, że dobrze robi. 
-Jutro przyjadę po ciebie po szkole - zawołała Helen z dołu, po czym z powrotem powędrowała do salonu, by zadzwonić do swojego męża i powiadomić go o swojej decyzji.


Spokojna muzyka brzmiała w uszach Charlotte, gdy zmierzała pośpiesznym krokiem do szkoły. Szalik miała zaciągnięty aż do nosa, a nogi, odziane w niemodne getry, szybko przemierzały smutną ulicę, pokrytą opadniętymi liśćmi. Przez całą noc rozmyślała nad tym, co miało dziś nastąpić. Rano Helen zbierała wszystkie jej dokumenty, żeby móc przedstawić je w tym całym Domu Dewiantów. Charlotte prychnęła z goryczą, uświadamiając sobie jak głupio postąpiła jej macocha. Traktowała to jak wyjście na łatwiznę. Pozbycie się upierdliwej, dziecinnej zmory. Tak właśnie widziała to Lottie i nie mogła odpędzić czarnych scenariuszy. Czy będzie musiała spędzać czas z obłąkanymi starcami? Nie będzie mogła wychodzić? Ponoć to internat w której znajduje się również szkoła dla młodzieży "takiej jak ona".
Czyli jakiej?- pytała Lottie samą siebie.- Przecież wszystko ze mną w porządku.
Była przekonana, że jej macocha wyolbrzymia niecodzienność zachowania Lottie. Jednak przypomniała sobie, że pewnego dnia zrobiła coś wyjątkowo głupiego. Weszła do sklepu i wetknęła palec z ciepłe ciasto, po czym wysmarowała sobie nim brwi. Na pytanie "dlaczego?" nie bardzo umiała odpowiedzieć samej sobie. Po prostu chciała mieć brwi ze słodkiego nadzienia. Później przypomniała sobie, że dzieci gnębiły ją w podstawówce z powodu jednej brwi. Lottie myślała, że nie da się ich rozdzielić, że to jakiś zły dar. Pewnego dnia nałożyła sobie jabłkowe nadzienie z szarlotki na czoło i uznała, że wyszły z niego naprawdę ładne brwi. W tamtym momencie, gdy była w sklepie, nieświadomie wróciła do tego wspomnienia. 
Dziewczyna weszła do szkoły spóźniona. Nie rozbierając się z kurtki i butów, pobiegła na drugie piętro i wpadła na lekcje biologii.
-Przepraszam za...- popatrzyła po klasie i zorientowała się, że wszystkie twarze tutaj nie należą do jej rówieśników. Źle trafiła. Szybko wymknęła się z klasy i zaczęła zastanawiać się gdzie ma lekcje. Zamykając drzwi, słyszała pobłażliwe chichoty.
W końcu dotarła na swoje lekcje i usiadła w ławce pod oknem. Zazwyczaj siedziała z Anją, ale dzisiaj ona siedziała z Joan, z racji, że Charlotte się spóźniła. Siedząc sama, rysowała w zeszycie skaczące myszki-pomarańcze. Podpierała dłonią głowę, nieudolnie próbując wychwycić ważne informacje z potoku słów nauczyciela. 
-Hej, pierniczku...- Lottie poczuła jak ktoś dotyka jej czarnych włosów, więc odwróciła się, by spojrzeć na chłopaka, który za nią siedział. To był Johnny, złośliwy chłopak, który uwielbiał motocykle i chodził na zajęcia dodatkowe z fizyki razem z Lottie. Niegdyś nazywał ją "szarlotką" nie tylko od jej imienia, ale również od przygody z ciastem, z którego zrobiła sobie brwi. Dowiedział się o tym i nie mógł wyjść z podziwu, jak idealnie pasuje do niej ta ksywka. Pewnego dnia jednak Lottie puściły nerwy i stanowczo dała mu do zrozumienia, że skończyć z tym przezwiskiem. Przystała zaś na "pierniczka", ponieważ jak do tej pory nie miała z piernikami żadnych przygód. - Podobno wczoraj ukradłaś konia Gilberta i zrzuciłaś z niego Carola. Słyszałem, że ma połamane żebra i rękę. Ładnie to tak?
-Dlatego radziłabym ci trzymać się na baczność - posłała mu zadziorny uśmiech. Jej usta idealnie wypełniała odrobina karminowej szminki.
Johnny uniósł brew. Jego brązowe tęczówki skanowały twarz dziewczyny z zainteresowaniem. Czasem miał ochotę bliżej ją poznać. Zazwyczaj spotykał się z idealnymi, pięknymi dziewczynami, które nie miały nic do zaoferowania oprócz wyglądu. Johnny zwyczajnie się z nimi nudził. Czasem zastanawiał się, jak to by było być z kimś takim jak Charlotte, jednak szybko ganił się za takie myśli. Lubił jej dokuczać, zwłaszcza w towarzystwie, dlatego był uznawany za jednego z jej nieprzyjaciół. Tak naprawdę ją lubił, ale okazywał jej to dopiero, gdy uczyli się razem fizyki. Jednak w tej szkole zadawanie się z Lottie było małym obciachem. Ludzie od razu wrzucali kogoś takiego do worka dziwaków. Tylko Joan tego uniknęła, bo wszyscy wiedzieli, że jest całkiem normalna.
-Grozisz mi, Tinsjoy?- Uśmiechnął się.
-Tylko ostrzegam.
Odwróciła się w kierunku tablicy i poczuła jak Johnny pochyla się nad jej głową. Do jej nosa dotarł zapach jego dezodorantu.
-Może chciałabyś pójść z nami na darmowy koncert tuż po szkole?- Charlotte usłyszała jego słowa i poczuła się zupełnie inaczej niż przed chwilą. Przez chwilę pomyślała, że sobie z niej kpi. Zastanawiała się dlaczego miałby zapraszać dziwaczkę na grupowy koncert.- Zespół nazywa się Short Soviet, grają rocka.
Lottie przełknęła ślinę, czując ogromną ochotę na przyjęcie zaproszenia. Zazwyczaj nie próbowała przypodobać się innym, ale może gdyby ktoś zobaczyłby ją w towarzystwie Johnnego i reszty, w końcu przestaliby myśleć, że jest dziwna. Po chwili jednak zganiła się z takie myśli. Ci ludzie nie należeli do jej świata. Lottie brała ich za zwykłych snobów. A poza tym, nawet gdyby chciała, nie mogła pójść na ten koncert. Dzisiaj po szkole jedzie prosto do wariatkowa.
-Wybacz... Nie mogę - rzuciła zdawkowo, nie próbując nawet uzasadnić odmowy. Obojętnym gestem poprawiła niesforny kosmyk włosów i wróciła do rysowania.
-Jak chcesz.- Johnny usiadł z powrotem na krześle.
Prawdę mówiąc, był zawiedziony. Wyciągnął rękę do Charlotte, chcąc wyrwać ją z bagna, którym była cała otoczka wokół niej, ale ona nie przyjęła jego propozycji. Johnny był pewien, że się zgodzi, a jednak się pomylił. Zaczął rozmyślać nad jej decyzją i miał coraz większą ochotę wniknąć w jej umysł. Wydawała się zupełnie niezależna, na pewien sposób intrygująca. Był ciekaw jakie ma plany. Lottie nie przykładała specjalnej wagi do nauki, więc zakuwanie odpadało. Przez chwilę kusiło go, by spytać, dlaczego nie może z nimi iść, lecz powstrzymał się i udał, że słucha wykładu nauczyciela.
Gdy lekcja się skończyła, Charlotte wypadła z klasy i jak ognia unikała Joan przez całą przerwę. Miała wrażenie, że ją rozmawia o niej za jej plecami, nawet jeżeli to nie było w zwyczaju przyjaciółki. Ostatnio się zmieniała. Widziała jak rzuca ukradkowe spojrzenia przypadkowym ludziom, śmiejąc się z innymi, jakby rozmawiali właśnie o tej osobie. Tego dnia Lottie czuła się własnie tak jak te osoby.
-Siema, co jest?- Anja odnalazła Lottie w ciemnym korytarzu przy toalecie i usiadła obok niej, opierając się o miętową ścianę. Wgryzła się w słodką bułkę i popatrzyła na przyjaciółkę błękitnymi oczami, otoczonymi jasnymi rzęsami. Dzisiaj jej długie, perfekcyjnie proste blond włosy opadały luźno na ramiona, schowane pod dżinsową kurtką.
Lottie wyjęła słuchawki z uszu i wbiła wzrok w łagodne oczy Anji. Była jedną osobą, w której Lottie miała teraz oparcie. Zawsze umiała słuchać i miała swoje zdanie. Uwielbiała ją za to, że wszystkie informacje przesypywała przez własne sitko w jej głowie, oddzielając fałsz od prawdy. Niektórych to irytowało, że usilnie próbowała wychwycić niedociągnięcia w ich rozumowaniu, albo przekonaniach, a jednak Lottie bardzo to ceniła u Anji. Nigdy nie oceniała niczego powierzchownie, dopóki nie była czegoś pewna.
-Czy uważasz... że się zmieniłam?- zapytała Charlotte, biorąc od przyjaciółki bułkę i odgryzając spory kęs.
-Ja niczego nie zauważyłam. Ale Joan jak twierdzi - odpowiedziała, przeżuwając.- Możesz powiedzieć, co wczoraj między wami zaszło? I czemu Carol leży w szpitalu?
Lottie czuła wyrzuty sumienia, bo nawet nie zadzwoniła do chłopaka, by spytać jak się czuje i przeprasza za głupi pomysł. Niestety miała na głowie również własne problemy, takie jak dzisiejsza wizyta w Domu Dewiantów. Bardzo się tego bała i niemal całkowicie zapomniała o wczorajszych wydarzeniach.
-Właściwie nic takiego. Joan okazała się lesbijką i chodzi z jakąś tam Gwen... 
-Nie mówiła ci?- zdumiała się.
-A tobie mówiła?- Lottie zmarszczyła brwi, jeszcze bardziej podirytowana tym, że cała ta sprawa była dla niej tajemnicą aż do wczorajszego wieczoru.- Świetnie. Myślałam, że mi ufa.
-Bo ci ufa. Ale wiesz, pewnie bała się twojej reakcji. Czasami bywasz... porywcza.
Lottie prychnęła pod nosem. Nie czuła się bardziej porywcza niż sama Joan, która potrafiła roznieść wszystko w pył, gdy coś jej nie pasowało. Poczuła się jeszcze gorzej, gdy zrozumiała, że Anji wyznała prawdę, a jej nie.
-Potem jechałam z Carolem na koniu. Wyszło tak... że spadł.- Charlotte podrapała się po głowie, przypominając sobie tamto zajście. Chciała wyżalić się również z decyzji Helen, jednak rozmowę dziewczyn brutalnie przerwał dzwonek.
-Dojdzie do siebie.- Anja wstała na dwie nogi, kończąc jedzenie.- Widziałaś dzisiaj spodnie Hamiltona? Czerwone! Wygląda jak Mick Jagger.


Po kolejnych lekcjach, nadeszła pora lunchu. Charlotte powędrowała na stołówkę razem z Anją, która rozmawiała przez telefon z jej przyjacielem ze Szwecji. Poznali się na wymianie językowej i od tamtej pory utrzymują ze sobą kontakt.
Dziewczyny usiadły przy ich stoliku, postawionym przy oknie z widokiem na boisko i czekały na Joan. Obie wzięły spaghetti, bo uważały, że jako jedyne nadaje się do zjedzenia w tej szkole. Charlotte podejrzewała, że Joan przysiądzie się do Gwen, Deana, i jego kolegów, ale o dziwo usiadła przy niej i Anji.
-Czołem!- przywitała je i rozsiadła się obok Anji z deserem czekoladowo-waniliowym.- Idziecie na ten koncert po szkole? Jest za darmo, a jutro mamy sobotę - mówiła ochoczo, pochłaniając słodkość.
-Za to w poniedziałek jest sprawdzian z matematyki - powiedziała Anja, szperając w telefonie.
-A ty?- Joan zwróciła się do Charlotte, a ta niemal widziała jak sączy się z niej niechęć.
-Nie mogę - wybełkotała z ustami pełnymi makaronu.
-Szlaban za ujeżdżanie konia?- zaśmiała się Joan, rozluźniając się odrobinę. Jej jasne oczy przymrużyły się, całkowicie znikając w otoczkach czarnego makijażu.
-Gorzej - bąknęła Charlotte, chcąc wreszcie wyrzucić z siebie swój problem.- Helen... Helen chce mnie wysłać do Domu Dewiantów.
Anja podniosła wzrok znad telefonu, a uśmiech spełzł z twarzy Joan.
-Żartujesz?- syknęła Joan, całkowicie poważniejąc.- To dom ześwirowanych dzikusów!
-Takich jak ja - mruknęła ponuro Lottie, grzebiąc widelcem w stygnącym spaghetti.
-Nie, ty jesteś całkowicie normalna w porównaniu z ludźmi, którzy tam mieszkają - szeptała Joan rozgorączkowanym głosem.- Nie możesz tam iść! Nie puścimy się tam. Prawda, Anja?
-Ale już za późno. Wiecie, że z moją macochą nie da się gadać.
-Kurde, Lottie, to internat! Więzienie!- mówiła Joan coraz bardziej zaniepokojona. 
-Dzięki, że podnosisz mnie na duchu.- Uśmiechnęła się szeroko, lecz w jej oczach kryło się zrezygnowanie.- Wiem to wszystko. Ale Helen stwierdziła, że wczoraj przegięłam i chce się mnie pozbyć.
-To bardzo zły pomysł - odezwała się Anja rzeczowo.- Ale nie ma co się niepokoić. Pewnie nawet cię tam nie przyjmą. To internat dla ludzi chorych psychicznie, a ty masz po prostu oryginalną osobowość. Helen to bezuczuciowa sztywniaczka i pewnie wyśmieją ją, jeżeli będzie cię chciała tam wcisnąć.
-Też mam taką nadzieję - przyznała Lottie.- Chociaż czasami mam wielką ochotę, żeby wyrwać się z tego pedantycznego domu.- Westchnęła.- Przeszkadza jej każda najmniejsza plamka, czy smuga, za to Peter wygląda, jakby go wylali z wosku, a do tego śmierdzi kupą. 
-To i tak lepsze niż wariatkowo - zauważyła Joan, poprawiając szminkę po zjedzonym deserze. Trzymała lusterko i wypełniała luki czerwieni na ustach. 
-Staram się dostrzec jakiś jasny punkt.
-Ty to byś nawet w dupie murzyna znalazła jasny punkt.- Joan westchnęła.- Idę, bo Gwen chciała pograć w kosza pod koniec przerwy. Na razie.
Odeszła od ich stolika. Anja jadła spaghetti, co chwila zerkając do zeszytu od matematyki. Lubiła się uczyć, czego nie rozumiała ani Joan ani Lottie.
-Ta cała Gwen to typowa laseczka z plaży, co nie?- mruknęła Anja, pochłonięta jedzeniem i matematyką.- Wyglądy, jakby właśnie wróciła z ciepłych krajów. Zazdroszczę jej.
Lottie właśnie zauważyła zbliżającego się Johnnego. Akurat klusek wystawał jej z buzi, więc próbowała go ładnie wciągnąć, jednak on podwinął się i zderzył z jej nosem, zdobiąc go pomidorowym sosem. Johnny roześmiał się, przechodząc obok niej, a Lottie wytarła nos skrawkiem rękawa. Lottie odwróciła się i widząc, że kieruje się samotnie do swojego stolika, zawołała go. Johnny stanął i odwrócił się, zaskoczony. Wrócił do Lottie ze swoim jabłkiem w dłoni i przysiadł na skraju stolika, nie spuszczając wzroku z Charlotte. Anja rzuciła mu tylko krótkie spojrzenie, po czym znów zanurzyła się między strony podręcznika.
-Co, pierniczku?- zapytał, wgryzając się w zielone jabłko.
Lottie zaczęła bawić się kolczykiem w kształcie rybki, zbierając w sobie myśli. Słyszała, że dziadek Johnnego jest w Domu Dewiantów i chciała o niego spytać, ale miała świadomość, że mogło to wypaść nieco podejrzanie w jego oczach.
-Co u... twojego dziadka?- zapytała niby z czystej, sympatycznej ciekawości.
Johnny uśmiechnął się z rozbawieniem.
-Zaczepiasz mnie, żeby spytać o mojego dziadka?
W tym momencie Charlotte to rzeczywiście wydało się głupie. Przywołała na usta swój zawadiacki uśmiech, którym często obdarowywała Johnnego.
-Mam z nim romans - szepnęła.- Ostatnio w ogóle do mnie nie dzwoni. Dobrze mu w tym Domu Dewiantów?
Johnny wywrócił oczami, a Lottie wzięła to za zły znak. Mogła wyjść na sarkastyczną i kpiącą z jego dziadka.
-Nie skarży się za często - odrzekł, uważnie przyglądając się dziewczynie.- Dalej masz sos pomidorowy na nosie.
Lottie wytarła nos jeszcze raz od niechcenia.
-A tak naprawdę chciałaś przyjąć zaproszenie na koncert, prawda?- Johnny wziął kolejnego gryza owocu.- Zmieniłaś zdanie. Widzę to.
-Nie. Chciałam tylko spytać o twojego dziadka.- Lottie wstała od stołu.- Lecę się przebrać. Teraz wuef. Idziesz, Anja?
-Mhm, zaraz - powiedziała z ustami pełnymi makaronu.
Charlotte odeszła od Johnnego, który znów zastanawiał się, o co mogło chodzić tej dziewczynie.
-Leci na mnie - skwitował, zerkając na Anję i wrócił do swojego stolika, ostatni raz oglądając się za siebie i zatrzymując w pamięci sylwetkę Charlotte, oddalającą się od niego.


Ten dzień nie należał do najlepszych w mniemaniu Charlotte. Mimo dwóch pozytywnych ocen, które otrzymała, czuła się całkowicie rozbita. Rozmowy się nie kleiły, a światła z sufitu drażniły jej oczy. W końcu nadszedł długo wyczekiwany ostatni dzwonek, a Lottie wzięła swój płaszcz, który postanowiła zostawić w szafce i wyszła na chłodne podwórze razem z Anją. 
-Trzymaj za mnie kciuki - powiedziała Lottie, schodząc po długich, kamiennych schodach i wyłapując samochód jej macochy na parkingu.
-Jasne.- Anja wyszczerzyła się.- Trzymaj się! I dzwoń, jak coś!
-Cześć!- rzuciła i powędrowała do samochodu. W jej szkole podwózki u rodziców były traktowane jak coś dziwnego, ponieważ był szkolny autobus, a poza tym, w piątek, większość uczniów zbierała się w grupki i urządzała sobie różne spotkania. Tylko Lottie wracała ze szkoły z macochą.
Charlotte weszła do samochodu i usadowiła się w siedzeniu obok Helen, nastawiając się na najgorszą podróż jej życia. Szkoła powoli się oddalała, ginąc między pagórkami zbóż, które zalewało zmęczone, pomarańczowe światło, zachodzącego słońca. Jechały prostą, wiejską drogą, a pobliskie sklepiki zaczęły rozmazywać się szybko za szybami.
-Daleko to?- zapytała Lottie, próbując zagłuszyć irytującą według niej muzykę klasyczną. Tą na pianinie jeszcze lubiła, ale orkiestry smyczkowej nie potrafiła słuchać zbyt długo.
-Blisko. To w Pinnland. Podobno urocze miasteczko - odparła Helen, jak zwykle skupiona na jeździe. Miała rozłożoną mapę nad kierownicą. 
-A co z moimi rzeczami? Skoro to internat...
-Na razie jedziesz tylko na parę rozmów. Pewnie zrobią ci jakiś test psychologiczny, który zadecyduje o tym, czy tam zamieszkasz - odrzekła.- Jeżeli cię przyjmą, weźmiesz wszystko, co zechcesz. 
Charlotte pomyślała, że będzie musiała postarać się na tym teście, by wypaść na jak najbardziej normalną. Wiedziała, że jest zdolna być zwykłą, szarą osobą i trzymać swoje zachcianki na wodzy. To nie mogło być trudne. Przypomniała sobie słowa Anji i uspokoiła się nieco. Zawsze mogła polegać na jej słowach, dlatego sądziła, że i tak będzie tym razem. Uwierzyła przyjaciółce i miała przeczucie, że nie przyjmą jej tam.
Helen Tinsjoy wjechała właśnie na jedną z tych dróg, gdzie pola ciągną się przez całe godziny, nie ma pasów dla pieszych i co jakiś czas można było ujrzeć pasące się krowy, na tle wielkich wiatraków i ścian lasów. Lottie wyciągnęła swój telefon i wyszukała numer Carola. Niestety nie odebrał, więc schowała urządzenie do kieszeni płaszcza ze zrezygnowaniem. Po chwili bez słowa przełączyła stację w radiu na rocka.
-Nie będę słuchać tego jazgotu - oświadczyła Helen i z powrotem przełączyła na orkiestrę smyczkową.
-Wiesz, że tym muzykom byłoby bardzo przykro, gdyby usłyszeli twoje słowa?- spytała Lottie, obserwując widok za oknem.
-Artystom klasycznym za pewne również, gdyby dowiedzieli się, że wolisz słuchać tych długowłosych obdartusów.
-Może i byłoby im przykro, gdyby żyli - przyznała.- A poza tym oni też mieli długie włosy. Wiązali je w kokardki i lubili rajstopy.
-To były inne czasy, Charlotte. Dzisiaj mężczyzna powinien wyglądać jak mężczyzna. 
Wzrok Lottie wyłapał na łąkach stado saren, więc szybko otworzyła okno i wychyliła głowę, czując silny wiatr we włosach, który mierzwił je we wszystkie możliwe strony.
-Spójrz ile saren!- zawołała uradowana.
-Uspokójże się!- warknęła Helen.- Nie zachowuj się jak pies! Dostaniesz zapalenia uszu, zobaczysz.
  Lottie uśmiechnęła się szeroko do mijającego ją auta. Kierowca pomachał jej radośnie, a wtedy szyba zamknęła się przed nosem Lottie. Dziewczyna popatrzyła smutno na mężczyznę, prowadzącego samochód obok nich i przyłożyła dłonie do szyby, jakby imitowała rolę kochanki, rozdzielonej od jej miłości przez nieubłaganą siłę z góry. Roześmiała się głośno, widząc rozbawienie na twarzy kierowcy, jednak po chwili Helen przyspieszyła i zniknął on z pola widzenia dziewczyny.
-Siedź twarzą do jazdy - surowo zażądała Helen.- I przestań się wiercić.
Lottie posłuchała rad Helen z uśmiechem na ustach. Patrzyła na klucz kaczek, przedzierający się przez ciemniejące chmury na niebie. Słońce było coraz niżej horyzontu. W czasie jazdy autem porywały ją fantazje. Marzyła o tajemnicach i przygodach, które czekały na nią w miejscu, do którego zmierzała. Tym razem rzeczywiście jechała w nieznane i poza obawami, zaczęły docierać do niej również te pozytywne emocje, jak podniecenie i ciekawość. Każde nowe miejsce przynosiło jej nowe wrażenia. Uwielbiała podróże, przebywanie w hotelach, u koleżanek, czy w nowych restauracjach. W przyszłości chciałaby zwiedzić cały świat razem ze swoim mężem, który nigdy by się nie męczył długimi spacerami.
Po niecałych dziesięciu minutach, Lottie zauważyła znak, który poinformował ją w jakim jest teraz miejscu.
-Pinnland!- zawołała ostrzegawczo, jeszcze bardziej irytując tym Helen.
-Jeszcze nie oślepłam - mruknęła tylko, rozglądając się na boki.- Podobno Dom Dewiantów rzuca się w oczy... Na mapie powinien być gdzieś niedaleko granicy miasteczka...
Lottie rozglądała się czujnie, przeskakując wzrokiem po niepozornych domkach. Przypominała węszące zwierzątko z nastawionymi uszami. Pragnęła jak najszybciej znaleźć się u celu podróży, co było dosyć niecodzienne. Ktoś inny na jej miejscu za pewne wolałby, aby podróż ciągnęła się w nieskończoność, aby mieć czas, by pozamartwiać się na zapas. Ciekawość Lottie przeważała nad bojaźliwym głosikiem. Co zobaczy? Brzydką, zatęchłą klinikę z oknami, przez które przeciekają krzyki obłąkańców? Wesoły domek z kurnikiem na podwórku i hamakami, zawieszonymi na drzewach? A może budynek, podobny do szkoły, nudny i wielki?
Po jednej stronie, dużo niżej pod drogą, przez drzewa przedzierało się milczące, czarne jezioro, zaś po drugiej, na niskim zboczu wyrastały wiejskie domki, bijące bielą w mroku. Charlotte podobała się ta droga. Starała się szukać Domu Dewiantów, jednak jezioro całkowicie pochłonęło jej uwagę. Drzewa skutecznie je zasłaniały, dlatego Lottie nie miała pojęcia jak wielkie może być.
Samochód przystanął na zboczu po stronie jeziora. Serce zadudniło ostrzegawczo w piersi Lottie. 
-To za pewne tutaj...- Helen wysiadła z samochodu.
Lottie wręcz szarpnęła za klamkę, okrążyła samochód i stanęła jak wryta przy drodze. O czymś takim nie marzyła nawet w najśmielszych fantazjach.
  W jej oczach odbijał się ogromny, wręcz gigantyczny  X|X wieczny zamek. Bardzo prosty, przysadzisty i potężny. Wykonany z ciemnobrunatnej cegły, miejscami skruszonej do cna. Przez połowę surowego budynku ciągnęły się pnącza winorośli, wijące się w stronę niewielkich okien. Dwie niskie wieże unosiły się ponad wystającym, półokrągłym balkonem, wiszącym pewnie ponad trzy piętra nad wysokimi, starymi drzwiami. Ogród rozrastał się wokół zamku, czyniąc miejsce bardzo przestrzennym, ale Lottie nie mogła dojrzeć szczegółów, gdyż zasłaniał go mocny mur, przypominający strukturą fortecę. Nagie drzewa okalały wieżyczki, a wysokie krzewy wyrastały ponad murami, przyozdobionymi gdzieniegdzie osobliwym graffiti. Kolorowe kwiaty namalowane na murze kontrastowały z charakterem budowli. 
-Jakieś to... wielkie - skomentowała Helen, również pochłonięta widokiem.- I zapuszczone.
Jej wzrok spoczął na kępkach trawy, wdzierających się między cegły zamku, a potem na malunkach, według niej, szpecących ogrodzenie. 
  Lottie nie mogła oddychać. To miejsce zaparło jej dech w piersiach. Uwielbiała zamki, a ten był wyjątkowo piękny według niej. Zadzierała głowę, chłonąc wzrokiem ozdobną fasadę. Była gotowa zamieszkać tutaj teraz, w tej chwili, ponieważ tak bardzo urzekło ją to miejsce. Do tego dochodziło jezioro i szeleszczące trzciny, które jako jedyne zakłócały ciszę, gęstniejącą powoli wraz z zapadnięciem zmierzchu.
-Ale tu niesamowicie - wydukała, a jej głos wydał jej się śmiesznie wysoki. Lottie łatwo było zachwycić, dlatego wszyscy lubili obdarowywać ją prezentami, bo wiedzieli, że i tak się spodobają. 
-Chodź wreszcie - zawołała Helen, przekraczająca już próg muru. Popchnęła skrzypiącą furtkę, przywołując Lottie na ziemię swoim powściągliwym spojrzeniem.
Lottie popędziła za macochą jak rozradowana dziewczynka. Zamknęła za sobą czarną bramę i poszła za Helen ścieżką, zasypaną jesiennymi liśćmi. Obracała się wokół siebie, starając się wychwycić wszystkie szczegóły ogrodu. Ogromny dąb uginał się nad murem, a na nim siedziała kukła ze szmat i siana. Patrzyła z wysoka na małą w jej oczach Lottie swoimi oczami z guzików. Trawa była przycięta, a przy ścieżce co jakiś czas wbita była lampa ogrodowa. Widziała ławki pod zamkiem, ładne i zachęcające. Po jej lewej stronie mur porastało mnóstwo zieleni, powoli usychającej z mrozu. Huśtawka na trawniku łagodnie kołysała się na wieczornym wietrze. 
Helen powędrowała do wysokich drzwi i zadzwoniła do środka nowoczesnym domofonem. Po chwili obie usłyszały kliknięcie i mogły wejść do środka. Ciepłe powietrze o zapachu drewna i pieczonego ciasta uderzyły Lottie w jej radosną twarz. Pierwsze co zobaczyła to plecy Helen, wychodzące z ciemności i wkraczające z rozświetlone pomieszczenie. Pod ciepłymi, brązowymi ścianami unosiły się regały książek, a pod nimi stały pufy i kanapy, obrzucone futrzanymi narzutami. Po jednej stronie był kominek, w który wpatrywał się jakiś zgarbiony człowiek, a po drugiej stronie była recepcja.
Helen udała się do wysokiego, zabudowanego biurka, ozdobionego jarzębiną i kwiatami. Za nim siedziała drobna kobieta z krótką, czarną fryzurą z dawnych lat. Bardzo jasne oczy przyjaźnie spoglądały na Helen.
-Dzień dobry, w czym mogę służyć?- spytała dość piskliwym głosem, a dwie kobiety, które plotkowały za jej plecami, rzuciły nam zainteresowanie spojrzenia.- Było państwo umówione z dyrektorem domu?
-Tak. Z panem Arturem Motylem, bodajże.
Lottie parsknęła głośnym śmiechem. Doskonale wiedziała, co oznacza nazwisko dyrektora, bo jej mama była Polką i umiała ten język bardzo dobrze. W Anglii roiło się od Polaków, dlatego nie zdziwiła się, że będzie miała z nim do czynienia. Nie słyszała jednak nigdy o tak zabawnym nazwisku jak "Motyl". Przez resztę minut, które poświęciła na czekaniu razem z jej macochą, dusiła w sobie śmiech.
-Chwileczkę - powiedziała recepcjonistka, grzebiąc w swoich papierach.- Ach, tak... Są panie umówione. Pan Motyl powinien czekać na panie w swoim gabinecie. To tam, drzwi obok, proszę nie pukać i śmiało wchodzić.
Pulchna, młoda blondynka uśmiechnęła się do Lottie za pleców pracującej recepcjonistki. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech najładniej jak potrafiła. 
Jakie sympatyczne miejsce! Jak tu ciepło, jak nastrojowo...- zachwycała się Lottie, wciągając do nozdrzy aromat śliwkowego ciasta.
Helen poprowadziła ją do ciemnego korytarzyka przy recepcji i weszła bez pukania. Lottie bezszelestnie wślizgnęła się za nią i popatrzyła dookoła. Gabinet cały tykał, jak bomba wybuchowa. Na każdym centymetrze kwadratowym pomieszczenia zawieszony był zegar. Było ich tutaj mnóstwo, a każdy wskazywał inną godzinę. W jedynym miejscu na ciemnoczerwonej ścianie, na którym nie było zegarów, wisiał wielki, według Lottie, kiczowaty obraz z białym kotkiem z błękitnymi oczami. Dziewczynie przez chwilę wydawało się, że jest w jakiejś bajce, bowiem nigdy nie widziała podobnie urządzonego pokoju. Po środku gabinetu stało biurko, zawalone wieloma nieużytecznymi rzeczami, takimi jak figurki psów, czy wazon z kwiatami. Pana Motyla jednak nie było.
-No i gdzie on jest?- szepnęła Helen, a wtedy zza drzwi, ukrytych za kotarą, na tyłach gabinetu wynurzył się niezdarnie wysoki człowiek z wielkimi, rozpostartymi motylimi skrzydłami.
-Och!- Stanął nagle, wlepiając oczy w przybyłe kobiety.- No tak, tak! Zapraszam, proszę, śmiało, proszę usiąść tutaj... O, na tych krzesłach, zapraszam serdecznie!
Pan Motyl miał mocne, sterczące czułki na głowie, wszyte w fioletowy kombinezon, przylegający do ciała i schowany pod ubraniem. Jego uśmiech był bardziej wysoki niż szeroki. Zęby lśniły między wąskimi wargami, a przy ich kącikach ciągnęły się pionowe, ładne zmarszczki. Helen wpatrywała się w wyszczerzonego nienaturalnie mężczyznę jak w ducha. Lottie zamiast tego, szybko podbiegła do siedzenia tuż przed biurkiem i usiadła na nim, nie mogąc opanować emocji. 
Pan Motyl jest prawdziwym motylem!- śmiała się w duchu. Spodziewała się grubiutkiego jak pączek, łysiejącego pana w szarym garniturze, a jednak została mile zaskoczona.
-Kawy, herbaty?- Zębaty uśmiech nie schodził mu z ust ani na moment.- Daleko panie miały? Może ciasta! Tak, ciasto... Na pewno zostało coś z kolacji...
-Nie, dziękujemy - odezwała się w końcu Helen, podchodząc ostrożnie do krzesła, na którym miała usiąść, jakby obawiała się, że Pan Motyl to psychopata. Taki zresztą jej się wydawał.
Helen wyostrzyła wzrok i zauważyła fioletowy cień na powiekach zielonych oczu mężczyzny. Przeraziła się.
-Cudownie.- Zanurzył spojrzenie w twarzach kobiet, odchylając się na swoim fotelu.- Mógłbym prosić dokumenty?
Helen ocknęła się z niemiłego wrażenia, po czym sięgnęła do swojej eleganckiej torby i wyciągnęła z niej stos papierów, które po chwili znalazły się w długich, szczupłych dłoniach pana Motyla.
-Wspaniale!- ucieszył się, po czym zaczął je przeglądać, dalej z uśmiechem. Helen pomyślała, że mężczyzna ma jakiś skurcz mięśni twarzy, a Lottie poczuła się naprawdę ważnym przybyszem, skoro pan Motyl tak bardzo uśmiechał się na jej widok.- Pozwolą panię chwilkę? Muszę zająć się tymi... papierkowymi, tak...- Zanurzył się pod biurko i tylko fioletowe czułki mu wystawały. Po chwili wynurzył się z długopisem w ręku, a Lottie zaczęła podziwiać jego malownicze skrzydła.
  Przypominały jej jakiś kolorowy, afrykański obraz. Przeważał na nich ciemny róż, zieleń i czerń. Były delikatne, upstrzone długimi żyłkami, które trzymały je w całości. Nie wyglądały jak z papieru, lecz jak z materiału dobrej jakości.
-Charlotte Tinsjoy?- Pan Motyl wlepił soczysto zielone spojrzenie w dziewczynę. Miał wielkie oczy, mieniące się jak trawa w wiosennym słońcu i wysoko osadzone brwi z mocno wybitym łukiem, jakby obrysował je od szklanki.
-Tak - odparła z uśmiechem.
-Piękne imię - skomentował tak szczerze, że Lottie zrobiło się miło.
-Dziękuje - odrzekła połechtana.- Ale zawsze wolałam mieć bardziej swojskie imię. Na przykład Kate... Czy jakoś tak.
-Fantastycznie - mruknął bardziej do siebie, z szerokim uśmiechem, wracając do papierów.- A ja chciałbym nazywać się Frank. To świetne imię, prawda?
-Tak!
Helen nie podobał się ani ten szalony mężczyzna, ani entuzjazm jej córki. Zaczęła żałować, że w ogóle tu weszła. Uznała, że jeżeli dom szaleńców prowadził sam szaleniec, to nie mogło wyjść z tego nic dobrego.
Wtedy w pokoju rozbrzmiał dźwięk telefonu, stojącego na biurku. Pan Motyl sięgnął dłonią po słuchawkę starego telefonu z kablem, przepraszając kobiety "na momencik".
-Słucham? Ach, tak, tak, oczywiście! Oczywiście. Taak, wszystko w jak najlepszym porządku, tak.
Lottie przyglądała się jego ubraniom. Miał na sobie golf w różnokolorowe poziome paski, które skojarzyły się Lottie z tęczą, a na to narzuconą miał czarna marynarkę, która zdecydowanie bardziej pasowała do jego ważnej pozycji.
-Och, jakże mógłbym zapomnieć! Taak, oczywiście. Proszę się nie martwić. To u niego norma, tak, wszystko dobrze. Yhym, mhm. Och, tak! Tak, tak! Wybaczy pani, ja mam teraz tutaj... Tak, tak, także nie ma co się niepokoić. Tak. Do widzenia! Życzę miłego wieczoru i udanego wesela, nawzajem!
Mężczyzna odłożył słuchawkę, po czym wrócił do dokumentów. Właśnie skończył przeglądać kartę zdrowia Lottie, w której nie było nic interesującego. Dawniej, gdy była jeszcze dzieckiem, lekarze podejrzewali u niej ADHD, ale okazała się być zupełnie zdrowa.
Pan Motyl pociągnął długopisem po papierze i na chwilę zastygł w zadumie.
-Nie pisze - oznajmił, dalej się szczerząc. Helen poważnie niepokoił ten nieschodzący z ust uśmiech, jednak Lottie coraz bardziej bawił pan Motyl.- Panie wybaczą, bo ja... O, przyniosę ciasto! Zaraz wracam. Może wina?- dorzucił jeszcze, zanim wyszedł i nie czekając na odpowiedź, wymknął się za kotarę.
Helen zamrugała, otrząsając się z zaklęcia, które rzucił na nią człowiek z czułkami.
-Toż to wariat!- wyszeptała zduszonym głosem.- Do tego pomalowany! I przebrany za za... za motyla. To jakiś fetyszysta!- syknęła, patrząc na rozbawioną Lottie.- Dlaczego on cały czas się tak szczerzy?
-Może wygrał w totka - spekulowała Lottie.- Myślisz, że umie latać?
-Nie bądź śmieszna - fuknęła tylko, a wtedy pan Motyl wrócił na miejsce z tacką pełną pokrojonego ciasta.
Postawił ją na biurku.
-Proszę bardzo uprzejmie - odezwał się.- To jest...- Wwiercił wzrok w kawałek ciasta, marszcząc lekko brwi i po raz pierwszy schował zęby.- Makowiec!- olśniło go.- Tak, makowiec, smacznego, proszę się częstować. Nasze kucharki są fantastyczne.
Usiadł bardzo swobodnie. Lottie złapała za kawałek ciasta i zaczęła z apetytem go pochłaniać. Zobaczyła, że pan Motyl ma nowy długopis, który na szczęście pisał. Miał pochyłe, ciągnące się pismo.
-Dobrze...- Motyl podniósł głowę i przeskoczył z oczu Helen na oczy Lottie.- O, jeszcze jeden podpisik, zapomniałem...- Pochylił się z uwagą nad biurkiem.- Mhm.
-Przepraszam bardzo...- wtrąciła ostrożnie Helen, mierząc wzrokiem jego skrzydła.- Ale czy... czy pana kostium...- zaakcentowała.- Czy to... jakieś przebranie, tak? Na jakiś bal?
Mężczyzna podniósł głowę i ze swoim niepokojącym uśmiechem lustrował kobietę wzrokiem. Wydawało się, jakby przez chwilę nie wiedział o czym do niego mówi.
-Ach, widzi pani...- zaczął, odkładając długopis.- Bal przebierańców kojarzy się z czymś miłym... Prawda? Wie pani, ja codziennie mam bal.- Jego uśmiech pogłębił się jeszcze bardziej, choć Lottie myślała wcześniej, że to niemożliwe.- Czyż życie nie jest jednym, wielkim balem? Ludzie przyodziewają maski w sali pełnej zabaw.
-Zabaw?- powtórzyła z powątpiewaniem.- Więc sądzi pan, że życie to zabawa?
-Oczywiście.
-Ja raczej powiedziałabym, że życie to praca i obowiązki - zauważyła z chłodem, którego Lottie nie znosiła.
-Obowiązki?- Szeroko otwarte oczy i usta, wykrzywione w wielkim uśmiechu ponownie rozbawiły Lottie.
-Nigdy pan nie słyszał o czymś takim?
-Słyszałem.- Oczy mężczyzny, obficie wymalowane cieniem, przymrużyły się sympatycznie.- Ale wówczas nie wiedziałem jeszcze na czym polega życie.
Helen uniosła tylko brwi, a w jej usta wtopił się kwaśny grymas. Lottie miała ochotę przybić piątkę panu Motylowi, bo rzadko kiedy doświadczał ją widok macochy, nie mającej już nic więcej do powiedzenia.
-Dobrze, przejdźmy do rzeczy...- Pan Motyl odsunął dokumenty na bok i wbił swój pogodny wzrok w Charlotte, drżącą z nadmiaru optymizmu.- Ciasto smakuje?
Lottie pokiwała energicznie głową, przeżuwając właśnie ostatni kęs.
-W takim razie, tak...- Odchrząknął i oparł łokcie na stole, splatając dłonie.- W czym tkwi problem?
Dziewczyna wpatrywała się w zieleń jego oczu jak zahipnotyzowana, nie bardzo wiedząc co oznacza skierowane w jej stronę pytanie.
-Słucham?- wydukała, mrugając.
-Mówiąc szczerze, panno Tinsjoy, nie widzę powodu, dla którego miałabyś dołączyć do naszego Domu - oznajmił pan Motyl, a wtedy Lottie poczuła niemiły ucisk w żołądku. Była całkowicie oszołomiona, jakby ktoś zwinął jej ciastko tuż sprzed nosa. 
-Ale... Ale przecież pan nawet ze mną nie porozmawiał... skąd pan to wie?- zapytała, nieumiejętnie tuszując zawód, przebijający się przez jej dziewczęcy głos.
-Ależ rozmawiam z tobą, droga Charlotte.- Uśmiech mężczyzny przestał być dla Lottie w tej chwili adekwatny do sytuacji.
Bardzo chciała tu zamieszkać, począwszy od sprzyjającej jej gustowi okolicy, budynkowi, ciepłym wnętrzu i sympatycznym panu Motylowi. Pomyślała, że tu jest dużo lepiej niż w jej szarym, czystym i  nudnym domu, który musiała dzielić z zimną macochą i jej wiecznie płaczącym synkiem.
-To znaczy... że nie jestem wystarczająco dziwna?- spytała z bólem w oczach.
-Nie nazwałbym osób, które tu mieszkają... dziwnymi... Określiłbym ich prędzej jako wyjątkowych.- Spojrzał na dziewczynę spod długich, podkręconych rzęs. Przypominał jej jakąś mistyczną istotę, jakąś nimfę w męskiej formie.
-Więc ja nie jestem wyjątkowa - mruknęła do siebie, spuszczając wzrok na kolana, schowane pod kolorowymi rajstopami.
-Każdy człowiek jest wyjątkowy, Charlotte - przemówił do niej pokrzepiającym tonem.- Wyjątkowość tych tutaj jest po prostu zbyt wielka, by była akceptowana przez ludzi z zewnątrz.- Obdarzył ją jeszcze cieplejszym uśmiechem.
-Dobrze - wtrąciła Helen, podnosząc się z krzesła i zabierając poukładany stosik dokumentów, których pan Motyl nie przyjął.- Idziemy. Charlotte. Chodź.
Lottie podniosła się z ociąganiem, czując, że potraktowano ją niesprawiedliwie. 
Jak on mógł cokolwiek wywnioskować po kilku moich słowach?- pomyślała Lottie z goryczą.- A psychotest? Cokolwiek?
-Do widzenia! Miłego wieczoru, szerokiej drogi i...- Lottie nie dosłyszała ostatnich słów pan Motyla, gdyż Helen bezceremonialnie zamknęła drzwi, kierując się w stronę recepcji.
Lottie szła obok niej w milczeniu i usłyszała z jej ust krótkie "do widzenia", rzucone w stronę miłych pań zza lady. Wyszła z Domu Dewiantów, przemierzając ogród przybita, słysząc radosne śmiechy i muzykę z balkonu, piętrzącego się pod wieżyczkami zamku. Będąc już przy bramie, odwróciła się i zadarła głowę. W ciemności widziała tylko zarysy ich małych główek. Pochylali się i chyba ją obserwowali przy jakiejś piosence, którą Lottie uznałaby za fajną. 
-Heej! Hej, nowa!- zawołał męski głos.
-Nie, ona wraca... Nie przyjął jej - odległy głos wybił się z muzyki.
-Ooo, ooo, heavens knows!- zaśpiewali chórem ci, schowani na tyle, że Lottie nie mogła ich dostrzec.
Znów usłyszała śmiechy, niosące się po nocy, a wtedy Helen ostro przywołała ją do samochodu.
Lottie odwróciła się i szybkim krokiem minęła bramę, wypadając na spokojną ulicę przy jeziorze. Wchodząc do samochodu, czuła się naprawdę okropnie. 
-Dlaczego nie próbowałaś go przekonać?- Charlotte naskoczyła na macochę, gdy tylko usiadła wewnątrz auta.
-Oszalałaś?- Helen spojrzała na nią w ciemności, po czym odpaliła samochód, przekręcając kluczyki w stacyjce.- Może i jesteś nienormalna, ale nie na tyle, żeby tam trafić. Czy ty widziałaś tego człowieka? Za nic w świecie cię tam nie puszczę, nie ma mowy. Wracamy do domu i ciesz się, że tam nie trafiłaś.
-Ale ja chciałam tam trafić - burknęła i zapięła pasy.
-Nie ma gadania. Kto to widział, żeby tak poważne stanowisko jak dyrektor, zajmował ktoś tak niepoważny i roztrzepany. Całe szczęście, że się nie udało. Zidiociałabyś tam jeszcze bardziej - Helen ucięła rozmowę, włączając radio i kierując się w stronę powrotną.
Przygnębiona dziewczyna oparła czoło o zimną szybę, obserwując jak jezioro lśni w ciemnościach i powoli znika za drzewami. Zamknęła oczy, czując nagły przypływ zmęczenia. Zapragnęła tam trafić i nie zamierzała zaprzestać na zwykłych pragnieniach. Musiała się tam dostać. Miała dosyć swojej macochy i codziennej harówki przy sprzątaniu. Nie wiedziała co prawda jakie zasady panują w Domu Dewiantów, ale miała przeczucie, że jest to przesympatyczne miejsce, wręcz stworzone dla niej. Miała ochotę poznać ludzi z balkonu i śmiać się razem z nimi przy tej chwytliwej muzyce. 
Wiedziała, że musi zrobić coś wyjątkowo głupiego, by Helen się uparła i siłą ją tam wcisnęła. Czuła, że ma szansę, by się tam dostać, musiała tylko dowieźć, że naprawdę jest wyjątkowa.

niedziela, 4 stycznia 2015

1. Rozsądek to jednak ważna cecha

Światło księżyca wlewało się przez wielkie okno i zostawało na dywanie, rysując cień sylwetki dziewczyny, siedzącej na parapecie. Wiatr posyłał w jej stronę mżysty deszcz. Ciemne, nocne chmury zasnuwały niebo, z którego, co jakiś czas rozbrzmiewały pomruki nadchodzącej burzy. Dziewczyna patrzyła na niebo ze smutkiem, domyślając się, że to pewnie ostatnia burza w tym roku. Lato już dawno dobiegło końca, a jesienne liście z każdym dniem płowiały i opadały na ulice Emery Down. Lottie kochała tę niewielką wieś, mimo ciągłych narzekań jej rówieśników. Oni widzieli brak dużych sklepów, masę obowiązków i przewagę starszych ludzi. Ona widziała milion gwiazd nocą, słyszała ptaki nad ranem i piła świeże mleko od krowy przed snem. Ceniła spokój i naturę, jednak jedna rzecz jej przeszkadzała. Ludzie, jak to na wsi, znali się bardzo dobrze, a każdy, kto czymś się wyróżniał miał rolę wiejskiego celebryty. O takich ludziach lubiło się mówić, śledzić ich wzloty i upadki. Na przykład piękne małżeństwo - Jasmine i James Rolands. Ta para była świetnym tematem dla staruszek, tuż po wyjściu z kościoła. Czasem Lottie przysłuchiwała się ich pogawędkom i nigdy nie mogła zdusić w sobie śmiechu. Gawędziły konspiracyjnie o tym, że widziały jak Jasmine Rolands spotyka się z listonoszem, a James ma długi. Tak, jakby ich problemy miały dla nich wielkie znaczenie.
Największym wrogiem plotek była Helen, z którą mieszkała Lottie. Oprócz tego, była dla niej stereotypową macochą, zimną i oschłą kobietą. Dziewczyna nie mogła się nadziwić temu, jak jej przybrana matka zmienia się przy mężu i jej własnym dziecku -  Peterowi. Potrafiła być ciepła i sympatyczna, jednakże nie w pobliżu Lottie. Dziewczyna wiedziała, że przysługują temu dwa powody. Pierwszy był taki, że była owocem miłości jej męża i innej kobiety. Drugi zaś to po prostu osoba Lottie, jej charakter i usposobienie. Ona i jej macocha były swoimi przeciwieństwami, co wbrew powiedzeniom, wcale je do siebie nie przyciągało. Helen wyrywała sobie włosy z głowy przez niezrozumiałe, nieraz absurdalne i co gorsza, wzbudzające zaciekawienie zachowanie jej córki. Na początku starała się "sprowadzić Lottie na dobrą drogę", ale zauważywszy buntowniczą naturę dziewczyny, straciła całą nadzieję. Bez ustanku twierdziła, że zachowanie jej przybranej córki to robienie kobiecie na złość, bo nie znała normalnej osoby, która zachowywałaby się w podobny sposób. Po pewnym czasie Helen zaczęła snuć domysły, że Lottie jest chora psychicznie i zaczęła szukać wyjścia z całej tej sytuacji. Jej mąż nie mógł jej w tym pomóc, ponieważ wyjechał do Francji na dwa lata. Lottie wspominała tatę i mamę z tęsknotą. Rozwiedli się, gdy miała dwanaście lat, rujnując tym jej mały świat. Telefony nie wystarczały dziewczynie. Czuła się bardzo samotna.
Siedząc w otwartym oknie, obserwowała krople, spadające z nieba na ciemnoniebieskie pola i drzewa. Ściskała telefon z frustracją. Czuła się pominięta ze względu na to, że jej przyjaciółka nie zaprosiła jej na głośna imprezę, która odbywała się właśnie w tej chwili. Lottie nie mogła zrozumieć, dlaczego tak postąpiła. Czyżby się jej wstydziła? Taka myśl jeszcze bardziej przygnębiała dziewczynę. Nie mogąc dłużej znieść własnych domysłów, wybrała numer Joan i zadzwoniła do niej. Wątpiła w to, że odbierze w środku zakrapianej imprezy.
-Lottie?- odezwała się jej przyjaciółka zdziwiona.- Co jest?
-Hej. Chciałam spytać... dlaczego nie zaprosiłaś mnie na tę imprezę?
Spoza głosu Joan można było wyłapać śmiechy i głośną muzykę.
-No jak to? Przecież sama mówiłaś, że nie chcesz iść!- Joan przekrzykiwała ludzi i muzykę.- Nie pamiętasz? Cytuję, czekaj, to było jakoś tak... Nie, nie przyjdę na domówkę pełną głupich ludzi, narkotyków i nie będę pomagać ci sprzątać zarzygany dywan, jak poprzednim razem. Tak powiedziałaś, więc o co ci teraz chodzi?
Lottie zamilkła, próbując przypomnieć sobie tę chwilę. Po chwili zrezygnowała, słysząc śmiech Joan, skierowany do kogoś, kto był na imprezie razem z nią.
-Dean, przestań!- chichotała.- Rozmawiam przez telefon, paskudo.
Lottie rzadko słyszała, żeby Joan tak szczebiotała. Na co dzień była twardą, zdecydowaną dziewczyną, lecz w towarzystwie Deana słodycz aż wylewała jej się z ust. 
-Ale nawet mnie nie zaprosiłaś - jęknęła Lottie do telefonu.- Anji powiedziałam, że nie przyjdę, ale oczywiście bym przyszła, żeby posprzątać te rzygi. Gdybyś spytała się mnie osobiście...
-Dobra, pogadamy jutro. Jak chcesz, możesz przyjść... Impreza się dopiero rozkręca! Kończę, na razie!
Telefon zastygł głucho w dłoni Lottie. Przez chwilę zastanawiała się nad ostatnimi słowami przyjaciółki. Z braku zaproszenia, naprawdę chciała wpaść na tę imprezę. Pytanie było takie, jak zdoła przekonać matkę i umyć włosy. Były tłuste, z racji, że Helen dała jej "szlaban na prysznic", po tym jak Lottie zapchała odpływ toną błota, w którą wpadła na wycieczce rowerowej, organizowanej przez jej klasę. Nie była mistrzynią jazdy na rowerze.
Zakaz używania prysznica z pewnością można byłoby uznać za przesadę, jednak to nie był pierwszy raz, w którym Lottie zapchała odpływ. Raz było to konfetti, które powpychała tam, by mieć wannę w brodziku, a innym razem był to szczur, którego Lottie przyniosła z podwórka. Oczywiście, nie wepchnęła go do odpływu. Sam wlazł tam, zamknięty niechcący w kabinie i nie mający drogi ucieczki. Helen musiała się wstydzić, gdy hydraulicy wyciągali zdechłego, przemokniętego szczura z rury odpływowej. 
Dlatego Lottie nie należała do osób rozważnych. Ludzie z jej otoczenia uważali, że jest infantylna i nie traktuje poważnie życia. Zbyt często mówiła to co myśli i za rzadko myślała nad własnym postępowaniem. 
Dziewczyna zdecydowała się pójść na imprezę, nawet jeżeli Helen jej nie pozwoli. Włosy postanowiła umyć w deszczu. Wzięła szampon i wysmarowała nim włosy, przemoknięte po tym, jak wystawiła głowę przez okno. Po chwili do pokoju wpadła jej macocha, by sprawdzić czy córka znowu nie wyczynia głupstw. Pokój rozbłysł światłem.
-Czyś ty postradała zmysły?- spytała Helen surowo, gdy Lottie spojrzała na nią z pianą na głowie.- Myjesz głowę na deszczu?!
-Zabroniłaś mi używać prysznica - wyjaśniła Lottie, wzruszając ramionami.- Wychodzę z domu, więc chyba powinnam wyglądać jak człowiek? 
-Nigdzie nie wychodzisz.- Helen podeszła pewnym krokiem do okna i zatrzasnęła je.- Masz zmyć to z głowy i iść do łóżka.
Lottie roześmiała się jej w twarz.
-Mówisz, jakbym miała siedem lat. 
-Gdybyś zachowywała się jak na swój wiek, to może inaczej byśmy rozmawiały.- Zimne, brązowe oczy zgromiły dziewczynę.- Spróbuj się wymknąć, niewdzięcznico, a w końcu trafisz tam, gdzie twoje miejsce.
-Odeślesz mnie do taty?- spytała Lottie, wiedząc, że Helen się zdenerwuje.
-Myślisz, że on ma czas, by cały czas mieć na oku takiego rozwydrzonego bachora?- parsknęła.- To zajęty, pracujący człowiek, a do ciebie potrzeba jakiejś niańki. Masz zostać w pokoju.- Szczupła sylwetka Helen skierowała się do drzwi i zamknęła je za sobą, jakby myślała, że zakończyła tym spór. Lottie tylko uśmiechnęła się pod nosem i szybko wystawiła głowę na deszcz, widząc, że jest coraz rzadszy.


Lottie brnęła przez burzę, schowana pod kapturem za dużego, starego płaszcza jej taty. Krótkie, czarne włosy przyklejone miała do bladych policzków. Idąc pod wiatr, wyglądała jak jedno, wielkie nieszczęście. Czuła satysfakcję, dzięki sprzeciwieniu się macosze. Obawiała się tylko konsekwencji. Kolejna kara, kolejny szlaban? Ostatnio zarobiła naprawdę dużo kar, dlatego zastanawiała się, na co jeszcze może wpaść Helen, bo wiedziała, że bywa bardzo pomysłowa, jeżeli chodziło o uprzykrzenie jej życia. Czasem Lottie myślała, że jej macocha jest bardziej dziecinna niż ona sama. Próbowała ujarzmić ją szlabanami, jak rozbrykane dziecko, mimo, że dziewczyna miała już siedemnaście lat.
Lottie dotarła do domu Joan. Było to mieszkanie ze sztywnym ogródkiem, którego Lottie prędzej spodziewałaby się po przeciętnym mieszkańcu Londynu. Krótka trawka i kilka starannie przyciętych krzaczków, które znikały w mroku i deszczu. Dziewczyna weszła do domu bez pukania i powitała ją głośna muzyka reggae. Musiała przyznać, że nie znosiła tego typu muzyki. W salonie z bordowymi ścianami panował półmrok. Ludzie odsiadywali kanapę, rozmawiali w kuchni z kieliszkami w dłoniach. Lottie stała zaś w swoim mokrym płaszczu przed drzwiami, patrząc jak kałuża powiększa się pod jej butami. Nikt nie zwrócił uwagi na jej przybycie, dopóki nie zdjęła płaszcza i nie weszła wgłąb mieszkania. Chłopak, siedzący na kanapie i obejmujący głośno śmiejącą się dziewczynę, zatrzymał wzrok na dziewczynie, która szukała Joan. 
-Lottie!- zawołał, machając do niej i przyodziewając sztuczny uśmiech na twarz.- Nie trafiłaś do domu? Bo chyba miało cię tutaj nie być.
-Los bywa przekorny - odparła Lottie, posyłając mu enigmatyczny uśmieszek.- Gdzie jest Joan?
-Pewnie całuje się z jakąś laską w kiblu - rzucił tylko, po czym jego słuch wychwycił jakąś ciekawą rozmowę, toczącą się obok niego i całkowicie zapomniał o istnieniu Lottie.
Dziewczyna stała wybita z tropu. Jej przyjaciółka nie była lesbijką. A przynajmniej Lottie nic o tym nie słyszała. W momencie, gdy nad tym myślała, zza drzwi toalety wyskoczyła Joan w towarzystwie jakiejś dziewczyny z długimi, brązowymi lokami. 
-Lottie!- zawołała Joan z wielkim uśmiechem na ustach. Jej krwistoczerwona szminka była rozmazana na tyle, że jej przyjaciółka zaczęła się zastanawiać, co takiego mogła robić w tej toalecie razem z tamtą dziewczyną. Włosy Joan pofarbowane na ciemny fiolet, jak zwykle związane były w dwa, grube warkocze.- Jednak przyszłaś, hę? Helen cię puściła?
-Gwen - przedstawiła się dziewczyna z lokami i wyciągnęła dłoń w kierunku Lottie.- Dziewczyna Joan.
Lottie długo wpatrywała się w jej dłoń, jakby wyczytywała przyszłość z jej linii. W końcu Gwen opuściła rękę, trochę zmieszana.
-Tyle lat się znamy...- powiedziała Lottie nieobecnym głosem, wpatrując się w uśmiechniętą Joan. Nie mogła uwierzyć w to, że nic jej nie o tym nie wiedziała.- Myślałam, że kochasz Deana.
-Tego dupka?- prychnęła Joan, po czym jej wzrok zatrzymał się dłużej na przyjaciółce. Zauważyła na twarzy Lottie zawód. Joan przybrała poważną minę, uważnie skanując obliczę przyjaciółki.- Masz problem z tym... że jestem lesbijką?
-Nie o to chodzi - odparła, bo podejrzewała inną orientację u przyjaciółki.- Chodzi o to, że nic mi nie powiedziałaś o tym, że masz dziewczynę.
-No to właśnie ci mówię.- Przewróciła oczami z irytacją.- Rany, Charlotte, co się z tobą dzieje? Ciągle masz jakiś problem. Nie poznaję cię od jakiegoś czasu.
-To ty się zmieniłaś - powiedziała Lottie i odeszła od niej, czując jak wzrasta w niej złość.
Wiedziała, że miała rację. Joan zaczęła zadawać się z tymi imprezowymi ludźmi, przez co oddalała się od niej i Anji, trzeciej dziewczynie w ich paczce. Paczce, która powoli się rozlatywała przez rosnącą popularność Joan. Ona i Anja nie nadawały się do takich miejsc. Ludzie ze szkoły uważali Lottie za dziwaczkę, za to Anja była zbyt cicha, by wzbudzać zainteresowanie innych. 
Dziewczyna zamknęła się w toalecie, po czym przemyła twarz zimną wodą. Wzniosła wzrok i spojrzała w swoje odbicie. Po jej twarzy spływały krople wody, a w zielonych oczach można było wyczytać ból. Teraz czuła się jeszcze bardziej samotna niż wtedy, gdy siedziała w swoim mieszkaniu. 
-Nic się nie zmieniłaś, prawda?- spytała sama siebie, przypatrując się odbiciu beznamiętnie. Powiodła palcem po lustrze.- Szkoda. Tyle osób by tego chciało...
W tym momencie drzwi łazienki otworzyły się, a do środka wleciał Dean. Rzucił się w stronę sedesu i pochylił nad nim głowę, wymiotując. Lottie westchnęła, biorąc dezodorant, leżący na półce i psikając wszystko dookoła.
-Właśnie rozmawiałam, a ty mi tak nieuprzejmie przerwałeś - oznajmiła teatralnym głosem.
-Niby... z kim?- wybełkotał nad sedesem, po czym ponownie poddał się mdłościom.
Lottie spojrzała na niego chłodno. Nigdy nie lubiła Deana, w którym, jak niegdyś myślała, podkochiwała się Jean. Był młodocianym alkoholikiem, a do tego bawił się dziewczynami.
-Z nikim - odparła.
-Pewnie dlatego, że nikogo tu nie ma.- Wstał chwiejnie na dwie nogi i wytarł twarz ręcznikiem, porzuconym na podłodze. Spojrzał nieprzytomnie na dziewczynę.- Wiesz, że z nie można rozmawiać z nikim?
-Tak?- Również na niego popatrzyła.- A myślałam, że wystarczy zamienić kilka słów z tobą.
-Co ty do mnie masz?- wzburzył się, patrząc na dziewczynę spod ciemnych brwi.
Joan nie raz przez niego płakała, a Lottie musiała wysłuchiwać jej wyżaleń przez całe dnie. Usłyszała o nim tak dużo, że według niej, głupotą byłoby bezpodstawne darzenie go sympatią.
 -Zmieniłaś się - stwierdził po chwili.
Lottie tylko się uśmiechnęła, uświadamiając sobie, że to kolejny raz w tym dniu, gdy ktoś twierdzi, że Lottie jest ostatnio inna niż zwykle. Może po prostu zaczęła zauważać, że zachowanie niektórych ludzi bywa irytujące, a ona nie umiała tego lekceważyć.
-Cóż. Lepiej się zmieniać niż stać w martwym punkcie - posłała mu znaczące spojrzenie i wyszła z toalety, zostawiając go samego.
Gdy przedzierała się przez ludzi i salon, zasnuty dymem papierosów, zaczęła współczuć rodzicom Joan, którzy mieli wrócić jutro z dalekiej podróży. Joan zawsze miała oparcie w Lottie, która pomagała jej sprzątać po imprezach. Jednak dzisiaj nie zamierzała jej pomóc, chciała wyjść i wrócić do domu. Zastanawiała się czy ktoś z jej nowych przyjaciół jej pomoże. W końcu mieli tyle na głowie.
Lottie zdjęła swój płaszcz z wieszaka i założyła go na siebie. Czuła na sobie palący wzrok kilku osób, ale nie przejmowała się tym. Już prawie wyszła na deszcz, gdy za rękę złapał ją jej przyjaciel Carol. 
-Już idziesz?- spytał, patrząc na nią zza szkieł okularów.- Mogę cię odprowadzić, w końcu mieszkamy blisko siebie.
Lottie obdarzyła go delikatnym uśmiechem. Lubiła Carola, choć uważała, że za bardzo trzyma się reguł, ustawionych przez świat, nigdy nie pozwalając sobie na coś spoza schematu "normalnych" zachowań. Szaleństwo i wszelkie wybryki nie brały udziału w jego spokojnym życiu.  Zawsze robił to co trzeba - brał parasol, gdy padał deszcz, od razu nasączał brudną plamę ciepłą wodą, gdy się ubrudził, i nigdy, przenigdy nie mówił "zrobię to później". Lottie lubiła deszcz na skórze, brudną bluzkę przewracała na drugą stronę, i zawsze mówiła "kiedyś to zrobię, ale nie obiecuję". 
Dwójka wyszła na żwirową drogę, obserwując zachmurzone, ciemne niebo, z którego co jakiś czas błyskało.
-Charlotte, załóż kaptur - poprosił Carol, ponieważ Lottie nie chciała stać z nim pod parasolem, który przysłaniał jej cały świat i nie pozwalał cieszyć się pięknem tej nocy.- Przeziębisz się.
-Gwarantuję ci, że nie - odparła.- Nigdy nie przeziębiłam się od deszczu. Moim zdaniem to jakaś bzdura.
-Nie, wcale nie. Twój organizm się wyziębi i będzie bardziej podatny na ataki bakterii.
-A wtedy zacznę kichać i dmuchać w chusteczkę. Straszne - wyszczerzyła się do chłopaka.- Ja tam lubię kichać. Po kichnięciu, przez jedną, krótką chwilę czuję się taka... wyzwolona. Wiesz o co mi chodzi?
-Widzisz? Już ci gorzej. Majaczysz. Gorączka nadciąga - zażartował.
-A tobie nikt nie mówił, że nie trzyma się parasola, gdy jest burza?- zauważyła Lottie z przekąsem.
-Racja!- Carol zwinął szybko parasol i schował go pod pachę.- Kompletnie zapomniałem... 
Lottie zachichotała pod nosem, po czym jej wzrok spoczął na koniach, pasących się w deszczu, na polance obok drogi, po której szli. Przygryzła wargę, uświadamiając sobie, że do jej głowy znów nadciąga głupi pomysł.
-Przejechałabym się na koniu...- oznajmiła, w zachwycie przyglądając się zwierzętom. Miały długie, silne szyje i mokre grzywy. Reszta koni za pewne była w stajni, czyli tam, gdzie powinny się znajdować w czasie burzy.
-Mój dziadek ma stadninę. Mogłabyś... mogłabyś przyjść, gdybyś chciała - zaproponował nieśmiało Carol, zaskoczony własnymi słowami. Lubił Charlotte, lecz na ogół nie proponował jej żadnych spotkań po szkole. Brakowało mu pewności siebie, a poza tym nigdy nie dostrzegł jakichkolwiek oznak większej sympatii ze strony Lottie.
Jednak dziewczyna nie wychwyciła jego zakłopotania w głosie, pochłonięta całkowicie wizją przejażdżki na koniu w deszczu. Kiedyś uczyła się jeździć i chociaż nic nie pamiętała, sądziła, że to nie może być takie trudne. Zaczęła kierować się w stronę najpiękniejszego z koni - śnieżnobiałego, wysokiego rumaka.
-Charlotte, stój!- zawołał za nią Carol, próbując ją dogonić.- One mogą być niebezpieczne! Przestraszysz je!
Lottie była już bardzo blisko konia, który okazał się być łagodny jak baranek. Dziewczyna dosięgnęła jego mokrej głowy i ostrożnie przejechała nią po wilgotnych włosach. Czuła rosnącą adrenalinę, ponieważ koń w każdej chwili mógł niebezpiecznie parsknąć, rozjuszyć się i nawet ugryźć dziewczynę swoimi miażdżącymi zębami. Lottie waliło serce, ale nie mogła przegonić chęci wejścia na zwierzę. 
-Grzeczny - szepnęła kojącym głosem, spoglądając w jego duże, ciemne oczy z długimi rzęsami. Pogłaskała go po wypukłym, twardym policzku, a on prychnął z zadowoleniem. Lottie miała szczęście, że trafiła na łagodnie usposobionego konia.
-No i co ty wyprawiasz?- Carol zjawił się koło niej, a widząc blask w jej oczach, poważnie się zaniepokoił.- Chyba nie chcesz... Nie... Nie jesteś aż tak szalona, prawda?
-Owszem, przejadę się na tym koniu. Tylko kawałek. Później go odprowadzę - oznajmiła, zwracając głowę w kierunku przyjaciela. Jej mokre włosy okalały białą, radosną twarz.- Jedziesz ze mną?
Carol przypatrywał jej się w oszołomieniu. Słyszał, że Charlotte robi dziwne rzeczy, ale nigdy nie był tego świadkiem.
Przecież to takie nierozsądne! - myślał rozgorączkowany. Z drugiej strony stała przed nim Lottie - w jego oczach niezwykła, jedyna w swoim rodzaju, urocza. Mógł pojechać z nią na koniu, jak w jakimś starym romansidle. Może jeśli się zgodzi, Lottie spojrzałaby na niego inaczej. Jeżeli odmówi, dalej będzie postrzegała go jako nudnego sztywniaka. Zazwyczaj słuchał głosu rozumu, rzadziej serca. 
-Proszę.- Lottie złapała go za zimne dłonie, a on poczuł ogarniające go ciepło.- Nikt się nie dowie. No dalej!- zachęciła go entuzjastycznie.- Chodź!
Carol pokręcił głową z dezaprobatą, a już chwilę później pomagał dziewczynie wsiąść na konia. 
-Będziesz tego żałować - oświadczył, widząc jak Lottie wspina się na grzbiet spokojnego rumaka i próbuje się jakoś usadowić.
-Skoro przepowiadasz przyszłość, to lepiej powiedz mi co zjem jutro na obiad - odpowiedziała, gdy w końcu dobrze usiadła.
-Niestety nie wiem co serwują w szpitalu - mruknął, po czym wspiął się na konia, tuż za dziewczyną. 
  Lottie chichotała, widząc jak się stara, ale nie mogła mu w niczym pomóc. Cieszyła się, że Carol zgodził się na przejażdżkę z nią. Znała jego naturę i zaczęła się zastanawiać, co go do tego podkusiło. 
-Siedzisz już?- zapytała, patrząc przed siebie z szeroko otwartymi oczami, czujnie obserwującymi polanę, pogrążoną w ciemności. Błysk pioruna oświetlił jej twarz.
-Chyba tak... Ale obawiam się, że spadnę.
  Lottie dźgnęła boki konia piętami, a on ruszył z miejsca gwałtownie. Chłopak aż zachłysnął się powietrzem, które uderzyło go w twarz wraz z zapachem owocowego szamponu Charlotte. Biegli przez polane, czując pod sobą tętent kopyt i deszcz, przenikający przez ich ubrania. Koń biegł przez nieokreśloną ścieżkę, mijając ogromny las sosnowy, po którym Lottie miała zwyczaj spacerować w wolnym czasie. Śnieżnobiały koń przedzierał się przez noc, a radosna Lottie i przerażony Carol podskakiwali rytmicznie na masywnym grzbiecie.
-Jak niesamowicie!- zawołała dziewczyna, a jej głos dotarł do chłopaka wraz z mroźnym wiatrem, opływającym jego rozgrzane od emocji policzki.
Carol obejmował Lottie w talii i chyba tylko to było w tej chwili niesamowite dla niego. Nie docierało do niego piękno tej chwili. Ukradli białego rumaka i brnęli przez burzę w środku nocy, jak ostatni szaleńcy. Carol bał się i czuł, jak co chwila zjeżdża z zada konia. Dyszał głośno, patrząc za siebie. Przeklinał siebie za to, że zgodził się na ten pomysł. W dodatku nic nie widział, bo na jego okularach zostawały krople deszczu.
-Jak się skręca?- spytała Lottie, tracąc kontrolę nad pędem konia. 
-Mnie się pytasz?!
Charlotte w jednej chwili straciła pewność siebie. Nie miała lejcy, ani siodła, a koń biegł na krechę, nie zważając na nic. W oddali zaczęła powiększać się posiadłość Johnsonów. Musiała jakoś ją ominąć, a do tego potrzeba było skręcić w dróżkę, która zaraz miała się pojawić po lewej stronie. Najpierw jednak musiała opanować konia, którego najwyraźniej porwał żywioł. Lottie usłyszała długi wrzask i spojrzała za siebie, przerażona. Carol spadł z konia i rozpostarł się na drodze, podczas gdy koń zmierzał coraz dalej od niego. Wyrzuty sumienia zaatakowały Charlotte. Próbowała zatrzymać konia, ale nie bardzo wiedziała jak.
-Stój! Zatrzymaj się! Prrr! Prrr!- powtarzała, trzymając się mocno szyi zwierzęcia. Dźgnęła go również w boki, ale to nic nie dawało, a wręcz zdawało jej się, że rumak pędzi coraz szybciej.
Minęła dróżkę, w którą powinna skręcić i biegła prosto w kierunku domu Johnsonów. Poczuła wzbierającą się w niej panikę, co czuła wyjątkowo rzadko. W tej chwili było to jednak całkowicie normalne, bo lada moment miała zderzyć się z domem. 
Koń ominął mieszkanie, ponieważ sam miał rozum, jednak pędząc przez ogród, niszczył wszystko, co zetknęło się z jego ciężkimi kopytami. Sadzonki, warzywa, wszystko, co miało miało swój zenit w jesieni, właśnie uległo zniszczeniu. Koń taranował kwiaty, płotki, przedzierał się przez krzewy, aż w końcu wyhamował ostro, widząc szklarnie, piętrzącą się za domem. 
Dziewczyna ześlizgnęła się z konia, łapiąc się za serce. Zwierzę prychało i machało głową, podrygując kopytami, jakby było mu mało i jakby chciał jeszcze pobiec na sam koniec świata. Charlotte to jednak całkowicie wystarczyło. Ta podróż mogła skończyć się dużo gorzej. Pomyślała o koledze, pozostawionego na drodze i przeszły ją ciarki. 
Rozejrzała się dookoła. Widząc rozwalone grządki, miała przeczucie, że nie ujdzie jej to na sucho. Co jak co, ale Johnsonowie nie byli przesadnie wyrozumiali. Charlotte miała nadzieję, że zapadli w głęboki sen i nie usłyszeli jej pisków, ale myliła się. Już po chwili na podwórko wpadła tęga, starsza kobieta z chustą na głowie i ciemną koszulą nocną. 
-Matko boska!- Zduszony okrzyk wyrwał się z gardła staruszki, gdy jej wzrok spoczął na stratowanym ogródku. Po chwili zauważyła Charlotte wraz z koniem, która sterczała pod szklarnią. Charlotte posłała jej niewinny uśmiech, ukazując rząd prostych zębów.
-Dobry wieczór, pani Johnson!- zawołała, robiąc dobrą minę do złej gry.- Wpadłam, żeby życzyć pani miłych snów.
-No tak...- mruknęła do siebie, a z jej oczu ciskały pioruny bardziej niebezpieczne niż te na niebie.- Któż by inny?